Hedonizm 2.0 Północ

Jest północ. Wychodzę na ogród, żeby zapalić ostatniego papierosa. Z tyłu głowy mam słowa swojego partnera, którego już nie ma. On nigdy nie palił ostatniego papierosa, nie zjadał ostatniej czekoladki, zamiast się żegnać, mówił do zobaczenia. Niestety zaklinanie rzeczywistości nic nie zmienia. Czasami trzeba wypalić ostatniego papierosa, zjeść ostatni kawałek czekolady i się pożegnać. Ta wiedza sprawia, że często jaram fajkę za fajką, zjadam tabliczkami czekoladę aż do porzygania, żegnam się jakby jutra nie było. „Nic nie smakuje jak nadmiar” – mówi, wyczerpana kokainowym nałogiem i samotnością, Elvira Hancock w Człowieku z blizną. Nie mogłabym bardziej się z nią zgodzić.

Być może cierpię na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Problem z zburzeniami jest taki, że nie łatwo je wyleczyć, bo są cholernie głęboko wdrukowane. Mogę je zagłuszać, niwelować skutki, zmniejszać starty. Już nigdy jednak nie będę czystą kartą do zapisania, najwyżej palimpsestem. Stoję na rozdrożu, miotam się, chcę dokonać wyboru, który już dawno został dokonany. Pozostaje tylko akceptacja.

Tak też, akceptuję siebie. Kim jestem? Hedonistką. Hedonistką północy.

Hedonizm to salsa, karafka wina sączona przez wiele godzin w kawiarence, kilka zamienionych słów z sąsiadem, rozegrana partyjka szach w parku. Seks. Wygrzewanie się na słońcu. Brak pośpiechu. Spokój. Do tego potrzeba dużej dawki witaminy D i to tej nie przyjmowanych w kapsułkach. Kapsułki nic nie dają.

Czy można być hedonistką czy hedonistą w kraju, w którym „jest zimno i pada, zimno i pada”? Można. W piwnicy. Hedonizm północy to techno, surowe mury industrialnych klubów, piguły ecstasy i mieniące się kryształki mdma, small talki pod brudnymi toaletami. Seks. Wpatrywanie się w noc. Wieczna Pogoń. Niepokój.

Być może samodoskonalenie nie jest sposobem na życie (…) Być może sposobem na życie jest samodestrukcja. – Chuck Palahniuk – Fight Club. Podziemny krąg

 No to jedziemy. Do Schronu. Jestem ubrana na czarno – za krótka sukienka, sportowe buty. Czerwone usta, mocno podkreślone brwi, smokey eye – nic tak dobrze nie wygląda jak perfekcyjny makijaż i mocno powiększone źrenice. W uberze łykam 2 tablety. Znajomym starcza pół. Poziom serotoniny w moim organizmie jest zaniżony, żeby odbić się od dna potrzebuję więcej, znacznie więcej bodźców. Wchodzimy do klubu. Minimal dark techno aktywuje substancje płynące w żyłach. Przyjemne mrowienie w palcach. Dreszcz płynie przez całe ciało. Serce bije w rytm muzyki. Nogi zaczynają wolniutko potupywać w miejscu. W końcu mózg zrozumiał co się dzieje. Wolność. Uśmiech. Taniec. Zatracenie. Muzyka przyspiesza w odpowiednim momencie. DJ staje się szamanem wprowadzającym uczestników cosobotniego rytuału w trans. Dobry jest. Wiem, że nie ruszę się z miejsca do rana.

Moją podróż w głąb przyjemności zakłóca jakiś odziany w dres typ, wykrzykując prosto w twarz: „Uśmiechnij się. Taka ładna i taka poważna”. Cała magia, miłość, przyjemność natychmiast znikają. Zastąpione gniewem, wkurwieniem, bezsilnością na całe patriarchalne gówno, które wylało się z usta tego typa pod płaszczykiem niewinnego komunikatu. Czuję jak pulsują mi żyłki na skroniach, nerwowo zaczynam pocierać brew. „Nie będziesz mi mówił jaką mam mieć minę, nie jestem tu dla Twojej przyjemności. Spierdalaj!!!!”. Oczywiście nie spierdolił. To ja muszę wyjść.

Szybko znajduję palarnię. Fajka za fajką. Układam w głowie wszystkie możliwe odpowiedzi, których mogę użyć w przypadku, gdyby taka sytuacja się powtórzyła. Kąciki ust, jakby w proteście, opadają coraz bardziej w dół. „Oddychaj, oddychaj, przecież nic się nie stało, wyolbrzymiasz, przecież nic się nie stało, był naćpany, nic się nie stało, chciał zagadać, nic się nie stało”. Racjonalizacja. Bagatelizacja. Wyparcie.

Wracam do ciepłego i miłego miejsca, z którego zostałam na moment wyrwana. Nie chce być sama. Szukam kontaktu wzrokowego, przyjaznego spojrzenia. Mam to. Niepozorny blondynek. Wysoki, szczupły, rurki, gładki t-shirt, vansy, łagodne rysy twarzy, brak zarostu, uroczy uśmiech, dołeczki w policzkach. Kolana mi się lekko uginają, podchodzę jednak zdecydowanym krokiem. Lekko się kryguję, spuszczam wzrok jak grzeczna dziewczynka. Zbyt duża pewność siebie mogłaby spłoszyć młodziaka. Niech wykona pierwszy ruch – myśli, że ma na cokolwiek wpływ. Całuje mnie od razu, namiętnie, mocno. Echh ci roszczeniowi millenialsi, biorą co chcą, myślą, że świat należy do nich. Niech tylko poczeka aż skończy tę swoją fotografię, grafikę czy kulturoznawstwo. Ciesz się chwilą, czerp z życia pełnymi garściami, po pierwszym epizodzie depresji już nigdy nie będzie tak jak dziś. Rozczulona niewinnością, młodzieńczą energią, ciekawością, łapczywością z jaką chce dotknąć każdego centymetra mojego ciała, postanawiam, że uczynię dla niego coś czego nie zapomni.

Odsuwam się na dwa kroki, żeby przyjrzeć się cherubinkowi jeszcze raz z dystansu. Delikatnie wsuwam swoją dłoń w jego. Po ecstasy najsubtelniejsze muśnięcie ma niewyobrażalną moc. Połączone ręce tworzą poczucie intymności, iluzję więzi. Daje mu sygnał do wyjścia. Ruszamy w kierunku mojego mieszkania. Droga, którą moglibyśmy pokonać w 10 minut, przerywana pocałunkami w mijanych po drodze, smutnych i zaniedbanych bramach kamienic starego miasta, trwa całą wieczność.

Uff jesteśmy u mnie. Jedną ręką ściągam jego koszulkę, drugą pozbywam się swojej sukienki. Następnie zabieram się za jego spodnie. Idzie gładko. W końcu to nie mój pierwszy raz.  Przewracam go zdecydowanym pchnięciem na łóżko i zastygam w bezruchu. Niech się przyjrzy, pożera wzrokiem, zapamięta. Rozpuszczam włosy. Nachylam się i przejeżdżam końcówkami po jego brzuchu, kierując się w stronę klatki piersiowej. Jednocześnie ściskam jego kutasa, który ze względu na przyjętą dawkę narkotyków nie do końca twardnieje. To jednak bez znaczenia. Jest cudownie. Z pełnym zaangażowaniem i oddaniem całuję i przygryzam sutki, bacznie obserwując reakcję. Ochh jak mnie podnieca ten grymasik ulokowany gdzieś między bólem a przyjemnością. Łagodzę cierpienie, masując ugryzione miejsce językiem, muskam je nieśpiesznie ustami. Gwałtownie odchylam głowę młodziaka, pociągnięciem za bujną czuprynę. Wgryzam się w szyję – tym razem subtelniej, ledwo dotykając słonej skóry zębami. Zlizuję krople potu ze skroni. Smakuje jak techno, surowe mury industrialnych klubów, piguły ecstasy i mieniące się kryształki mdma. Cichutko pomrukuję z przyjemności prosto do jego ucha. Dając mu przestrzeń na przejęcie inicjatywy. Młody nie jarzy, że teraz jego kolej. Rozkłada się na łóżku z rękoma za głową i tak sobie leży, jak król.

Zdaje się, że dziś mi się nie poszczęści. Zresztą nie wierzę w szczęście. Pozostaje tylko zatracenie. Wsadzając ręce w majtki, z góry wiem, że cipka jest całkowicie sucha. Tak bardzo chciałaby, ale nie może. Odwodnienie robi swoje, chemia robi swoje. Nie mam śliny w ustach, nie ma wydzielin, płynów. Suchość. Pustka. Jestem w ekstazie – stanie pragnienia i pożądania. Jestem podmiotem rozkoszy i jej przedmiotem, jednak wciąż nie dochodzi do poznania. Happy endu nie będzie.

Namiętność zamknięta z dwóch przypominających buciki „nike” tabletkach powoli odchodzi w zapomnienie. No cóż, każdy potrzebuje odrobiny miłości, przynajmniej raz na dwa tygodnie, a narkotyki to umożliwiają. Oczywiście nie za darmo. Im wyżej dziś polecę, tym boleśniej odczuję lądowanie. Znając konsekwencje i tak w to wchodzę bez reszty. Blondasek jest dla mnie nikim, tak jak i ja jestem nikim dla blondaska. Dziś jednak jesteśmy dla siebie wszystkim[1]. Podnoszę się lekko, patrzę na tę słodką buźkę, uśmiecham się do niego, a on do mnie. Obejmuje mnie wątłym ramieniem, w którym nigdy nie czułabym się bezpieczna. Kładę głowę na jego sercu. Bije jak szalone. Zasypiam.

– Hej, Filip jestem – młodzian budzi mnie delikatnie, przeczesując palcami moje lepkie od wczorajszych przeżyć włosy.

– Veronica, miło mi. Masz ochotę na śniadanie?

– Mam ochotę na Twoją cipkę – odpowiada, dumny ze swojej riposty.

Zastanawiam się czy po narkozabawie smakuje tak jak powinna. Krępuje mnie jego propozycja, jednak rządza przyjemności zwycięża. Rozkładam powoli nogi i skinieniem głowy zapraszam Filipa do uczty. Dalej wszystko rozgrywa się podręcznikowo. Subtelne pocałunki warg, pauza na łechtaczce, później szybko, szybko, wolno, wolno. Dwa palce prawej ręki zdecydowanym ruchem zostają wepchnięte do środka, precyzyjnie trafiając w punkt G. Okrężne ruchy drażnią w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Język pracuje bez wytchnienia. Odpływam. Myślę o kimś innym (o kimś kto godzinami potrafi ustami czynić prawdziwe cuda). Co z tego. Na końcu i tak liczy się tylko bezwstydny hedonizm. Nie mam orgazmu. Proszę, żeby przestał, bo rozkoszne pieszczoty zaczynają przeistaczać się w ból. Filip wie co jest i że nie chodzi o niego, tylko MDMA, które daje wszystko – wrażliwość, otwartość, morze endorfin – tylko nie spełnienie. Młody szarmancko daje ostatnie buziaki w wewnętrzną stronę ud. Przeszywa mnie miły dreszcz. Odpalamy TV. Zamawiamy śniadanie. Prysznic. Przytulanie na do widzenia, buziak w policzek.

– Miło było Cię poznać.

– Wzajemnie. Pa.

Nie wymieniamy się numerami telefonów. Nie pójdziemy razem do kina. Obydwoje znamy zasady gry. Mijając się na mieście, z dyskretnym uśmiechem, czasem porozumiewawczym mrugnięciem oka, damy sobie znak, że wszystko ok.

 

[1] Myślę o artykule Zbigniewa Mikołajko z Wysokich Obcasów. Zawsze o nim myślę, gdy mowa o szczęściu, że to tylko muśnięcie, przebłysk w szarzyźnie rzeczywistości. Wiatr w polu. Dla profesora szczęściem były truskawki, dla mnie są nim śliczni chłopcy.

Sprawdź też!

Dodaj komentarz