Bad trip na ekranie. Szczytowanie według Gaspara Noe

Znacie te seanse, po których wychodzicie z kina rozdygotane i rozdygotani? Ilość emocji, immersywny sposób obrazowania, postaci bliskie wam albo waszej fantazji na swój temat. Miejsca, które ciągną w swoją stroną, ale motyw podglądactwa zdaje się być najlepszym rozwiązaniem zważywszy ryzykowność rozgrywających się tam akcji? Jeśli tego szukacie w kinie, koniecznie zobaczcie nowy film Gaspara Noego.

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

Obraz nagrany w zaledwie dwa miesiące, z udziałem naturszczyków, tancerzy rozstrzelonych po przeróżnych gatunkach. Dialogi zbudowane na próbach odtworzenia typowych, imprezowych kocopołów wyrzucanych z trzewi bardziej niż z głowy. Praca kamery serwująca zawroty głowy charakterystyczna dla reżysera (tutaj dodatkowo podbijająca niesamowitą pracę ciała aktorów i aktorek).

W narkotycznym transie

CLIMAX to jeden z tych filmów, które ciężko jednak komentować z poziomu technicznych i scenariuszowych rozwiązań. Bliżej mu do teatru tańca niż filmowej przypowieści – nie tylko dlatego, że bohaterowie już na początku postulują swoje wielkie w taniec zaangażowanie, nieskończoną do niego miłość i zapędy samobójcze gdyby się miało okazać, że zostaną go pozbawieni. To skojarzenie nasuwa się w momencie, w którym szukamy historii raczej w ruchu i jego konsekwencjach niż rozwiązaniach fabularnych wynikających z dialogów czy migracji postaci po klaustrofobicznej, szkolnej przestrzeni.

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

Kamera migruje między bohaterami, ale dość szybko możemy zacząć ich postrzegać jako jedną diaboliczną, nieprzewidywalną masę, która wije się, snuje, szuka okazji, traci kontrolę i odrzuca potrzeby bliskie śmiertelnikom. Cóż, rzeczywistość zaprawionych imprez, nic nowego. Noe wydobywa jednak z doświadczeń nakręcanych substancjami mroczną stronę, której zazwyczaj obawiamy się nawet musnąć. Drąży głębiej, szuka lęków, które nie są nawet lękami postaci, ale raczej mitycznymi tabu wiszącymi nad nami na co dzień, przez same funkcjonowanie w kulturze zachodniej:  zdrada, poronienie, kazirodztwo, gwałt, dzieciobójstwo. Patrzymy na festiwal tematów, które w teorii zdarza nam się omijać szerokim łukiem – a co dopiero ich doświadczać!

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

To nie jest seans przyjemny: na zmianę podrywałam się z fotela, chcąc wleźć głębiej w otchłań ekranu, żeby za chwilę wcisnąć się w niego z powrotem i uciec przed wizjami świata, który jest w stanie ludzki mózg uwolnić. Świadomość posiadania pod czaszką mechanizmu tak niezrozumiałego, tak pełnego tajemnic i nierozwikłanych zagadek, mnie osobiście często przerasta. I zachwyca, rzecz jasna. To chyba pasja znana wszystkim, którzy w jakiś sposób testują swoje granice percepcji. W imieniu osób, które nadal swoje ciało traktują jak świątynię, dziękuję bogom za filmowców i ich talenty w stwarzaniu symulacji życia. Trust me, macie w zasięgu ręki jedną z najlepszych symulacji bad tripa dostępnych na rynku.

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

Ci, którym jednak te doświadczenia są nieobce, mogą temat potraktować jak katharsis, wyłożenie wszystkich kart na stół, ostateczną konfrontację: tak, jesteśmy gatunkiem okrutnym i noszącym w sobie ogrom zła. Świadomość tego zdaje się być potrzebna, żeby ruszyć do przodu.

Gdzie w takim razie ten tytułowy CLIMAX?

Na pewno w scenie grupowego tańca: plątanina kończyn, technik i energii składająca się na choreografię na poziomie masterclass. Chętnie poszłabym do kina drugi raz, tylko dla tej sceny. Ale szczytowania można szukać w wielu innych miejscach jeśli zgodzimy się czytać film jako horror erotyczny.

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

Nie chodzi tylko o połączenie seksu z grozą – raczej o synergię, która z tej kombinacji powstaje. Najlepszą ilustracją tego mechanizmu zdają się być sekty (np. okultystyczne, ale nie tylko), w których seks stanowił narzędzie kontroli, manipulacji, ofiary, oddawania szacunku, wtajemniczenia, wyższego kontaktu. W takiej relacji stwarza się rodzaj sfery magicznej, która daje obietnicę „czegoś więcej”. Już samo podejście do czynności seksualnych może być świadectwem obcowania z czymś większym: jestem bardziej wyzwolona, idę dalej, szukam zakazanego, pozwalam sobie być katem/ofiarą (w bardziej lub mniej kontrolowanych warunkach).

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

W świecie pełnym dyscypliny i hipokryzji maskującej realną przemoc takie deklaracje przed samą_samym sobą zdają się być wręcz rewolucyjne. Ciężko powiedzieć, czy chodzi o adrenalinę i serotoninę, która się w naszym organizmie wówczas produkuje; czy o igranie z tabu i samą świadomość przekraczania narzuconych na nas zewnętrznie barier; czy o obietnicę bliskości nieosiągalną w relacjach codziennych, nieseksualnych, szczególnie potęgującą się w czasach współczesnego odizolowania jednostek od siebie. CLIMAX jest towarem pożądanym: czy to w formie narkotyku czy seksualnych uniesień. Zazwyczaj przyjemność dają akty liżące moment przechylenia szali na stronę Zła – ale film może się posunąć o krok dalej.

Pytanie co jest dalej?

Skoro już osiągamy szczyt, czy można go przesunąć jeszcze trochę? Czy za pierwszym jest kolejny? Kiedy ktoś zwróci uwagę? Kiedy zauważy? Noe serwuje nam spektakl ciągłego przesuwania granic; nie do końca kontrolowanych przez jego bohaterów, ale podobno narkotyki nie wyciągną nic, czego w człowieku wcześniej nie było. Wy też zastanawialiście się jakby to było z wami? Jakie demony kwas mógłby wyciągnąć z waszych zakamarków?

© COURAMIAUD – LAURENT LUFROY / FABIEN SARFATI

Sprawdź też!

Dodaj komentarz