VOGUING TO PROJEKT RADOSNY, EROTYCZNY I MIŁOSNY

Z Madlen Army, Magdaleną Marcinkowską, założycielką i obecnie Matką pierwszego domu vogue’owego w Polsce – House of Army – rozmawiała Ola Juchacz.

voguing
Marcin Watemberski

Z Madlen Army, Magdaleną Marcinkowską, założycielką i obecnie Matką pierwszego domu vogue’owego w Polsce – House of Army – rozmawiała Ola Juchacz.

fot. Monika Łaskarzewska

Kiedy natknęłaś się na vogue? Jak to się stało? 

To było w 2012 roku, byłam wtedy w ekipie hiphopowej. Moja koleżanka, Ola Olichwer, zajarała się vogue’iem. Przyszła do nas, powiedziała „robimy voguingowy event, takie vogue night”. I wszyscy na to zareagowali, że „nie, raczej nie, co to jest, nie róbmy tego”. Dałyśmy się w końcu przekonać, zrobiłyśmy jakiś układzik. No i stało się tak, że zaczęłyśmy robić cyklicznie vogue nightsy w CoffeePlanet (to jest taki kafeterio-klubik we Wrocławiu dla osób LGBT). Później pojechaliśmy na SDK do Czech (festiwal tańców ulicznych – przyp. red.), tam był Javier Ninja, więc trafiłyśmy na pierwszą prawdziwą lekcję voguingu. Później Olka pojechała do Rosji na obóz voguingowy, który był organizowany z legendami ze Stanów. Ona przywiozła masę wiedzy stamtąd. No i jakoś to się zaczęło – na początku od imprez, samego ruchu; później zaczęłyśmy głębiej kopać i angażować się w kulturę. 

W końcu powstał plan założenia House of Army. Ola chciała, żebyśmy stworzyli armię voguingową. Z czasem  zostałyśmy z Kamą  same: jeździłyśmy, zgłębiałyśmy wiedzę, startowałyśmy w kategoriach, o których czasem nie miałyśmy zielonego pojęcia (śmiech). 

Hierarchia w housie przez jakiś czas nie była uporządkowana. Koniec końców Kamila mnie poprosiła mnie o to, żebym została Matką House of Army. A w zasadzie Kiki House of Army – niedawno postanowiłyśmy, że jesteśmy kiki house, czyli należymy do mniejszej sceny, bardziej rodzinnej i lokalnej. Większość major house’ów pochodzi ze stanów i posiadają wieloletnią tradycję, major scene posiada własne „rozgrywki” nie powiązane z kiki housami.

Dużo się pojawia pojęć, które są mocno hermetyczne. Gdybyś mogła powiedzieć, może bez bawienia się w definicje, ale raczej podzieliła się swoim odczuciem na temat tego czym jest house, czasem u nas spolszczany, określany domem? 

Kiki house to rodzina, wsparcie, społeczność. Matka w stosunku do dzieci, dzieci do matki, dzieci do dzieci… Wszyscy się wspieramy działając na siebie terapautycznie, dzieląc się swoją pasją. Ja jako matka wprowadzam ich w świat ballroom i zapraszam do bycia częścią i reprezentowania naszej jakości (każdy house ma swoją specyfikę i ideologię).
No i gramy w grę. 

Czym jest gra?

Ballroom określam czasem mianem „gry o tron”: mamy swoje rozgrywki, każdemu (house’owi i osobie) chodzi o to, żeby zająć pozycję, uznanie. Chyba każdy lubi być doceniany. 

Ta konkretna gra odbywa się na ballach, czyli „zawodach tanecznych”- voguingowych. Rywalizacja toczy się o grand prize – zdobywanie pierwszych miejsc. Jednakże sam moment wystąpienia na catwalku jest wielokrotnie zwycięstwem dla wielu osób.

A jak można się dostać do house’u?

Są różne tryby dostawania się do house’u, każdy ma swoją politykę. Do niektórych można zostać tylko i wyłącznie zaproszonym, np. dzięki temu, że wygra się główną nagrodę, bądź dobrze sprzyjasz z ludźmi z tego house’u, widzą, że się dobrze rozwijasz i chcą cię wesprzeć, chcą, żebyś ich reprezentował. Niektóre house’y można poprosić, wysłać materiały, postarać się o to. 

Zależy jak kto do tego podchodzi, co jest dla niego najważniejsze i jak to wszystko czuje.

fot. Karolina Zajączkowska

Co działa na Ciebie najbardziej, we własnym rozwoju, kształtowaniu siebie w tym świecie? Czy to jest technika, czy zaangażowanie w rolę Matki, sprawowanie rządów w housie? Czy inwestowanie swojego czasu w rozwój tej kultury w ogóle? 

To chyba zależy od dnia (śmiech). Szczerze mówiąc, najważniejsza rzecz, dla której to robię, to ten osobisty rozwój i udział w grze, jeżdżenie na balle – bardzo mnie one inspirują. Ale najmocniej chyba moja Kamila, Princess House of Army, która mieszka we Wrocławiu. Często myślę, że gdyby nie ona, to już dawno to wszystko nie miałoby sensu. Nawzajem się nakręcamy. Bardzo to kochamy, czerpiemy dużo przyjemności z bycia częścią ballroom

Kolejną rzeczą jest to, że przez mój charakter sprawowanie rządów mi odpowiada (śmiech), lubię być Matką, spotykać ludzi, których udaje mi się zarazić swoją pasją. Są wręcz rozgrzani do czerwoności, żeby jechać, zrobić coś, chcą słuchać – to na maksa mnie napawa dumą i mobilizuje do działania. Jest to ogromny wydatek energetyczny i czasami nachodzą mnie takie myśli, że już chyba im dałam to co miałam, że ciężko dać więcej… 

…teraz tylko siedzieć na tronie. 

(śmiech) Nie no właśnie chyba zejść z tego tronu! 

Ale później się okazuje, że moja funkcja chyba jednak ciągle jest potrzebna i cieszę się, że mogę być w pozycji osoby dającej, bo sama z doświadczenia wiem, że ciężko odnaleźć się w ballroom bez przewodnika i mentora. Nie ukrywam, że razem z Kamilą chciałybyśmy mieć Matkę albo Ojca na major scene. Mimo wszystko takie wsparcie jest czymś ważnym. 

Czyli jest taka opcja, żebyście miały swój kiki house i jednocześnie miały kogoś nad sobą?

Tak, bo to są „dwie ligi”. Mała i duża. Czyli kiki funkcja, kiki balle, kiki house’y, to jest mniejsza liga – regionalna. A major scene to jest taka ekstraklasa, w której można być w dwóch house’ach – można być Matką w kiki i można być dzieckiem w major. Zazwyczaj te major house’y powstały w Stanach, mają wieloletnie zaplecze doświadczenia, są w grze od wielu lat. Tak naprawdę nie mając major house’u jest trudno zaistnieć w tej ekstraklasie. Zdarza się to, oczywiście, ale takie przysłowiowe prowadzenie za rękę i wsparcie jest mega ważne.  

Na najbliższy weekend szykujecie kiki ball w Poznaniu. Czemu tym razem taka forma?

Coraz więcej powstaje kiki house’ów – w Polsce już są dwa. Jest to znakomita forma dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z vogue by się sprawdzić przed wystąpieniem na major ballu. Z tego co wiem przyjeżdżają na nasz kiki ball osoby z zagranicznych kiki house’ów – to okazja do rozwoju i poznania nowych ludzi. Osoby z major house’ów mogą wtedy wystąpić w kategoriach, w których normalnie ich house by ich nie puścił.

Dlaczego nie mogą występować w każdej kategorii?

Przeważnie dostając się do major house’u masz wyznaczoną kategorię, w której prezentujesz się najlepiej. Na major scene nie wygląda to dobrze jak reprezentant danego house’u dostaje chopta (eng. chop dyskwalifikacja wynikająca z nieprzestrzeganie zasad stylu, nie trzymanie się figur, niedostosowanie stroju do kategorii – przy. red.).

A na kiki funkcji – hulaj dusza, piekła nie ma. Jest to strefa bardziej treningowa, rywalizacja między kiki house’ami, ale można sobie więcej przyszaleć i popróbować swoich sił w różnych kategoriach. Ale oczywiście w major też można spróbować innych kategorii tylko wtedy musisz się odpowiednio przygotować i uzyskać pozwolenie. 

W major nie jest dobrze postrzegane jeśli jedna osoba chodzi w wielu kategoriach. Chodzi raczej o wyłuskanie jakiejś specjalności. House może ci też podpowiedzieć, co będzie dla ciebie lepsze, może zasugerować zmianę kategorii, w której chodzisz. 

Masz jakąś sugestię dla osób, które nie chodzą na żadne zajęcia, nie należą do house’u, ale chciałyby się wybrać na bal, np. w Poznaniu? Jak się przygotować, żeby wystartować? 

Przede wszystkim sprawdzić z czym to się je, pooglądać materiały – jest dużo zakodowanych informacji, na pierwszy rzut oka niezrozumiałych. Ale myślę, że w dobie internetu jest wiele źródeł, z których można korzystać. Ja też się tak uczyłam – analizowałam.

Są też prostsze kategorie. Tym tanecznym, performatywnym trzeba poświęcić trochę czasu. Ale jest kategoria Best Dressed dla widowni, gdzie chodzi o prezentację stroju. W Face chodzi o naturalną rzecz, którą się po prostu dostaje. Pooglądać, popatrzeć, można pisać – mamy wiele dzieci, zawsze chętnie odpowiemy na pytania. 

No właśnie. Bo ta wiedza na temat bali to taki wspólny kapitał: ty dajesz dużo swojej wiedzy, ale każda z osób, która w tym uczestniczy dokłada do tego swoje rozkminy, odkrycia. Wydaje mi się, że ta relacja Matka-Dziecko nie jest jednostronna. Chociażby na gruncie queerowym, gdzie te doświadczenia są różne – tak jak różne są orientacje i tożsamości członków tej kultury. To na pewno jest dużym elementem ekspresji w ramach vogue’u. 

Ja jestem mocno zaangażowana emocjonalnie w nasze zajęcia, w naszą społeczność. Uczę się każdego dnia, wcześniej nie miałam styczności z tak różnorodnymi ludźmi, uczę się zrozumienia i bycia lepszą osobą, dajemy sobie nawzajem miłość, i to jest ekstra. 

Trochę chodzi mi w tym pytaniu o to, gdzie są korzenie tego tańca, tej kultury, a co się z nią dzieje teraz. Dużo się ostatnio zastanawiamy, czym jest queer, że stał się produktem. Dużo w tej kulturze jest powierzchownej zajawki estetyką, a zdaje się, że w vogue’u jest ten korzeń. To uzasadnienie, dla którego pakują się w tę „zabawę” osoby z różnymi doświadczeniami. 

No tak, zaczynając od tego, że ja jestem małym świrkiem (śmiech), otaczają mnie inne małe świrki, z którymi się nawzajem kształtujemy. Czasem widzę, że dla jednej osoby otwarcie się przychodzi bardzo szybko, a na niektórych trzeba czekać nawet trzy lata… Zdarzają się takie sytuacje, że nagle zdarza się trening, kiedy osoba zaczyna błyszczeć. „Co jest, co dzisiaj zjadłaś?” (śmiech). I następuje dla niej moment przełomowy w sferze akceptacji samego siebie.

Każda osoba to inna historia i inne podejście i droga do wsparcia. To też nie jest jednostronne: wszyscy mnie czują, dużo mi dają. Jak przychodzimy na zajęcia i coś jest u nas nie tak, to staramy się zostawiać to za drzwiami. Wiadomo, że się czasami nie da, ale wtedy każdy wie na kogo uważać, zaczynamy siebie lepiej rozumieć. 

A korzenie wzięły się stąd, że uczestniczyły w tym osoby odrzucone, homoseksualne, transseksualne… Tworzyli społeczności, rodziny, mieszkali razem. Wiadomo, że teraz jest trochę inaczej. Ja prowadzę zajęcia, zajęcia są płatne, ale też nie chcę, żeby to było na poziomie transakcji między instruktorem a uczniami. Panią od tańca a klientami. Staram się tworzyć społeczność uzupełniając nasze relacje poprzez inne aktywności – spotkania, imprezy, warsztaty, wyjazdy – trzymać to w kupie, razem. 

Ballroom powstawał w Stanach, homoseksualne dzieciaki był wyrzucane z domu za swoją orientację, odrzucane przez rodziców. Ta undergroundowa scena powstała, bo wewnątrz niej mogli znaleźć rodzinę, matki, córki, synków, ojców, którzy wspierali bezwarunkowo. Byli prowadzeni odpowiednio. Powstało bezpieczne miejsce, gdzie młodzi mogli pokazać swoją drugą twarz – a tak naprawdę pierwszą twarz, której nie można na co dzień pokazywać, bo społeczeństwo tego nie akceptuje. 

Zapamiętałam z jednej z naszych pierwszych rozmów, jak mówiłaś o tym, że vogue to dla Ciebie także było otwierające doświadczenie: że zaczęłaś grzebać w swojej kobiecości, nie wstydzić się jej. 

Raz, że w kobiecości, a dwa w ciężkim charakterze, który nie do końca był akceptowany. Jestem trochę despotyczna, lubię szczerość i jasne sytuacje. To wielokrotnie było krytykowane i odrzucane przez grupy społeczne, w których funkcjonowałam. Jestem tancerką od wielu lat, a dopiero tutaj to jest OK, nawet jeśli z czymś przegnę to się o tym dowiem. To najbardziej kocham w społeczeństwie LGBT: przez to, że mają tyle problemów z akceptacją przez innych to odpuszczają wiele rzeczy, mają szersze horyzonty, więcej tolerancji. Tam funkcjonuje szczerość, samorozwój (ta głęboka analiza samego siebie – czasem wręcz za mocna! [śmiech]). Chyba tacy powinniśmy być: rozwijać się, kształtować, myśleć o tym kim jesteśmy i dzielić się tym co mamy. Zdawać sobie sprawę z tego, czego nie mamy, i strać się to zmienić. 

Czy jakieś rozkminy a propos cielesności Ci się pojawiły w kontekście vogue’u? Od długiego czasu pracujesz z ciałem, a czy ten styl coś u Ciebie zmienił?

Jakaś część społeczeństwa na pewno postrzega mnie jako atrakcyjną kobietę i wielokrotnie to się dało odczuć. W akcji #metoo spodobało mi się poruszenie tematu molestowania, które nie zawsze musi być cielesne. Cmokania, gwizdy, wulgarne komentarze mężczyzn – tego wielokrotnie doświadczałam. Kiedyś na Jeżycach facet postanowił nie tylko popatrzeć, ale i mnie dotknąć. W wieku 8-9 lat wielokrotnie spotkałam na ulicy mężczyzn, którzy się przede mną obnażali. Kilka miesięcy temu taka sytuacja się powtórzyła, zgłaszałam na policję, ale usłyszałam, że zgłoszenie przyjęte i trudno będzie coś z tym zrobić… To są sytuacje, które są generowane przez mężczyzn, ale wielokrotnie słyszałam komentarze a propos mojego wyglądu ze strony kobiet – pół żartem-pół serio, ale nadal nieprzyjemne. Przez takie sytuacje odrzucałam swoją cielesność, unikałam „afiszowania się” ze swoją kobiecością, wręcz ją odrzucałam by nie wracała do mnie w takiej formie jakiej serwowało mi społeczeństwo.

I nagle pojawił się vogue, dał mi to, że dostałam bezpieczne miejsce, w którym mogę, a wręcz muszę czuć się ze sobą dobrze, bo tam każdy ma prawo do wolności. Nabrałam przekonania, że moje ciało jest fajne. Dlaczego mam się tego wstydzić?

Z Kamilą mówimy, że z balu na bal, z roku na rok, nasza granica się przesuwa. Na początku ledwo sobie pozwalałyśmy na rękawek za łokieć, spódniczkę za kolano. A teraz to już majteczki i staniczek (śmiech). To jest fajne, bo w przestrzeni ballroom jedyne co może się zadziać w związku z Twoim wyglądem to miły komplement. Bez pożądliwych spojrzeń mężczyzn i kąśliwych komentarzy kobiet. Każdy ma ciało i każdy ma prawo się czuć z nim dobrze i swobodnie. Bez zbędnej analizy tego co widzimy, czucie radości wynikającej z ogólnej akceptacji.

Na balach jest tak, że nawet jak nie wygrasz tego grand prize to przynajmniej jedna osoba, czy to z publiczności, czy z twoich przyjaciół cię doceni.

I teraz następuje moment frustracji: czemu to nasze społeczeństwo jest takie zawistne? 

Po co tyle tematów tabu? Nie wypada rozmawiać o tym i tamtym, chodzić bez stanika… Czemu? To jest tylko ciało. 

Przestałam się przejmować wieloma rzeczami odkąd poznałam voguing: zarówno jeśli chodzi o świadomość, jak i fizyczność. Pompujmy energię w to co uważamy za dobre, żeby jeszcze rozkwitało. No i czuję się… rozkwitnięta! (śmiech) 

Jeszcze przed naszym nagraniem wspomniałaś o jakimś cytacie z ostatniej konferencji prasowej odnośnie najbliższych działań voguingowych… 

To było odnośnie spektaklu, przy którym pracowałam – „Wyzwolenie” w Teatrze Muzycznym Capitol, bardzo polecam. Porusza dużo tematów dla nas ważnych. I tam padł cytat „drag to projekt radosny i erotyczny”. No i voguing to taki projekt radosny, erotyczny i miłosny. 

Oczywiście to wygląda różnie. Niektórzy się dopytują: ty mówisz, że to taka miłość, ale ja widzę agresję. Ale chyba każdy buduje scenę na swój sposób. Bez zasad i reguł ballroom już dawno byłby czymś innym niż powinien być. Bardzo się cieszę, że mogę być Matką, prowadzić rozwój polskiej sceny, trzymać nad tym pieczę – prowadzić swoją lokalną społeczność w stronę miłości, akceptacji. Rywalizacja oczywiście jest, ale to jest element attitude, obecności scenicznej. I on może być mocny tylko kiedy posprzątamy swój wewnętrzny bajzel. Trzeba z dumą nosić to kim się jest. 

Zastanawiam się nad tym, czy to może iść dwutorowo? Można jednocześnie sprzątać i chodzić w kategoriach? 

Czasem to nawet może być w odwróconej kolejności! Możesz wyrobić sobie attitude i on się z czasem przeniesie na twoje życie. 

Ja się chyba zakochałam, bo zaczęłam chodzi na vogue. Najpierw w sobie, dokopałam się do rzeczy, które są we mnie dobre – a potem w drugiej osobie. 

No widzisz. Przyszedł i dał moc. 

U mnie się cały czas porządkuje. Ta druga persona rośnie. Chociaż może to jest w obie strony, dwa wężyki, które tworzą jedną całość… 

Tak jeszcze chciałam nawiązać do tej mody, wszechobecności tej estetyki. Ja to bardzo odczuwam, ale jestem w stu procentach pewna, że mamy w społeczności osoby, które już z tego nie wyjdą. 

Christopher Melody/Angel z Berlina odwiedził nas na ostatnim balu i się zastanawiał przy mnie: „Magda, co ja bym robił gdybym nie miał voguingu? Co bym teraz, w bilard grał?”

Nie mówi się, że jestem tancerzem, tancerką. Jestem voguerem. To jest sposób na życie. Układa się wszystko pod to. 

Najbliższy kiki ball w Poznaniu już 25 maja w ramach programu Queering the Future w Pawilonie.
BODY OF THE FUTURE KIKI BALL by Kiki House of Army: https://www.facebook.com/events/2113038698743488/ 

Kolejny – 29 czerwca, jako rozgrzewka przed Pride Week w Poznaniu. Odbędzie się w przestrzeni KontenerART, sędziować będą przedstawiciele major scene: Icon Father Arturo Miyake – Mugler, Legendary Father Charly Ebony oraz Legendary Father Vinii Revlon. 

THE MYSTIC BALL BY KAMILA AND MADLEN 007: https://www.facebook.com/events/403822860421096/

Więcej informacji o działaniach House of Army znajdziecie na ich mediach społecznościowych
IG: https://www.instagram.com/kikihouseofarmy/

FB: https://www.facebook.com/House-of-Army-155155698003432/

3 I like it
0 I don't like it

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *