Pride Month

Oficjalnie mamy już czerwiec, a co za tym idzie – wszystkie firmy w dupie mające na co dzień prawa mniejszości, obrastają w tęczowe produkty. Bo$$ko.

pride-month
Unsplash

Tęczowy kapitalizm to szczyt hipokryzji, chociaż sama mam lekki dysonans, bo z jednej strony cieszy mnie, że gdzie nie spojrzę widzę rzeczy celebrujące równość, chociaż jednocześnie wiem, że rzeczy te powstają 1. kosztem osób (w tym dzieci), które produkują je w absolutnie nieludzkich warunkach za absolutnie niegodziwe wynagrodzenie (jeśli 2 dolary tygodniowo można w ogóle nazwać „wynagrodzeniem”), 2. kosztem środowiska (chemikalia trafiające do przyfabrycznych rzek i zatruwające wody, ograniczanie dostępu do czystej wody, góra śmieci zasypująca już i tak tonącą w śmieciach planetę, syf przedostający się do powietrza, etc.), 3. kosztem tych właśnie mniejszości, które korporacje „wspierają” tylko wtedy, gdy im się to opłaca. 

Nie zrozumcie mnie źle – to nie tak, że uważam że tęczowe produkty są fe i sprzeczne ze wszystkim w co wierzę i w ogóle to musimy ograniczyć się do zera. Wszyscy przecież chcemy żyć miło i przyjemnie, sama kocham ubranka i wszelkiego rodzaju ładne bibeloty.

Super, że pojawiają się dostępne dla każdej osoby przedmioty, będące jednocześnie symbolami mniejszości i równości (chociaż czy na pewno?), świetnie, że można iść na Paradę w skarpetkach w tęczę, z których H&M oddaje 10% zysków na kampanię United Nations Free & Equal (sama zresztą kupiłam je chłopakowi skuszona ślicznym różowiutko-łososiowym kolorem i nadrukiem w tęcze). Natomiast wszystko to ma też drugą stronę, w którą ta równość już nie działa.

Walka koncernu H&M o równość kończy się tam, gdzie kończą się zyski. Gdyby faktycznie zależało im na równości – czy pozwalaliby by ich pracownice i pracownicy pracowali w warunkach niespełniających żadnych wymogów, wbrew wszelkim standardom pracy i w sprzeczności z prawami człowieka? Świadomość pewnych mechanizmów znacznie ułatwia ograniczenie się w konsumpcji, a to jest obecnie jedyna droga do zmiany.

Nie jesteśmy w stanie zrezygnować ze wszystkiego, bo zbyt dużo jest powiązań między poszczególnymi etapami produkcji, ciężko też mając minimalny lub średnio-niski dochód móc sobie pozwolić – pomimo szczerych chęci – na 100% dobrych, uczciwych produktów. Ale możemy ograniczać to, co kupujemy, dowiadywać się, edukować nawzajem i wyciągać z tej wiedzy wnioski możliwe do przełożenia na czyny. Wybierać produkty, które faktycznie mogą zmienić przemysł spożywczy/modowy/motoryzacyjny/wnętrzarski i tym samym dawać znać właścicielom i właścicielkom tych firm, że chcemy etycznej produkcji i jesteśmy gotowe i gotowi zapłacić za nią więcej.

Gdzie popyt tam podaż, dlatego teraz mamy np. mnóstwo wegańskich produktów, których jeszcze parę lat temu na półkach sklepowych nie było – do korporacji dotarło, że jest na nie zapotrzebowanie, to nie tak, że zrobili to z dobrego serduszka. Solidarność i walka o równość zaczynają się właśnie w tym miejscu – w momencie świadomego wyboru.  

W ostatnim czasie sporo (słusznego) szumu narobił w Internecie post TransGrysów[1], w którym opisane zostały praktyki stosowane na co dzień przez korporacje zaproszone do udziału w tegorocznej warszawskiej Paradzie Równości (MTV (Viacom), JPMorgan, Procter&Gamble, Microsoft, Accenture, IBM, Google, OliverWyman (Marsh & McLennan Companies, Inc), Ben&Jerry’s (Unilever), Nielsen Holding Inc., Goldman Sachs, Aviva Pride, Sprite (Coca-Cola), Citi Bank, RBS/Natwest, Johnson&Johnson, BNP Paribas, Universal), zwracając uwagę na to, jak ogromną przepaść tworzy ta sytuacja między wartościami, z których wyrosła Parada, a tym co w tym momencie reprezentuje dając miejsce na platformy firmom odpowiedzialnym za (poza klasycznym i nikogo nie dziwiącym unikaniem płacenia podatków) m.in. :

  1. Wykorzystywanie rezerw wody, łamanie praw pracowniczych i praw człowieka, fundowanie płatnych bojówek zabijających przywódców związkowych w Gwatemali i Kolumbii (Coca-Cola),
  2. pranie pieniędzy meksykańskich mafii narkotykowych, lobbing polityków, m.in. sponsorowanie wydarzenia w Nowym Jorku celebrującego wybór ekstremalnie homofobicznego prezydenta Jaira Bolsonaro w Brazylii (Citi Bank),
  3. doprowadzenie do kryzysu finansowego 2007-2008r., który tysiące osób kosztował zdrowie i/lub życie (Goldman Sachs),
  4. czerpanie zysków z niewolniczej pracy i deforastacji związanej z produkcją oleju palmowego, zaangażowanie w szereg przypadków łamania praw pracowniczych, zaniedbań w kwestii molestowania seksualnego pracownic w Kenii, maskowania zatruć rtęcią w Indiach, czy potrajanie opłat licencyjnych dla firm partnerskich w szeregu różnych państw (Unilever – właściciel marki Ben&Jerry’s, która w tym roku razem z Miłość Nie Wyklucza prowadzi kampanię nt. równości małżeńskiej),
  5. dyskryminację Afroamerykanów i Latynoamerykanów w zakresie ofert kredytów mieszkaniowych, finansowanie prywatnych więzień i ośrodków przetrzymujących nielegalnych migrantów, przeznaczanie miliardów dolarów  na wydobycie paliw kopalnianych, projekty wydobycia arktycznej ropy i gazu, czy wydobywanie tych surowców z dna morskiego (JPMorgan) – odsyłam do postu, gdzie cały ten ogrom wiedzy jest usystematyzowany wraz z podaniem źródeł wszystkich informacji. 
Transgrysy

I choć celem TransGrysów było uświadomienie osób uczestniczących w marszu na temat tego, jak – obok walki o równość i wspaniałej, równościowej, kolorowej imprezy – absurdalnym festynem podbijania własnej popularności zrobiła się Parada, post został odebrany jako ogromny atak na całe wydarzenie i próbę skłócenia wszystkich ze wszystkimi. Posty odnoszące się do sytuacji są usuwane ze strony wydarzenia Parady, a same TransGrysy spotkały się z wielką krytyką środowiska. Żyjemy w czasach bardzo ciężkich, ponieważ każdy nasz wybór jest okupiony cierpieniem. Cierpieniem dzieci, osób dorosłych, zwierząt, przyrody.

W późnym kapitalizmie coś takiego, jak etyczna konsumpcja praktycznie nie istnieje. Choć zaczynamy to widzieć i zwracać się ku małym, etycznym produkcjom i ograniczaniu produktów z produkcji masowej, ciągle naszym życiem zarządzają największe korporacje. Warto więc wiedzieć chociażby które z nich powinnyśmy/powinniśmy omijać najszerszym łukiem. Wydaje mi się to absolutnym minimum, żeby w jakiejkolwiek dziedzinie życia móc mówić o równości.

Kocham warszawską Paradę całym sercem. Jestem na niej co roku od paru lat i nie wyobrażam sobie już czerwca bez niej. Jest to piękne, kolorowe, radosne święto, celebrujące szacunek do różnorodności między osobami najróżniejszych płci, orientacji, kondycji psychicznych czy fizycznych.

Tym bardziej smuci mnie to, co w tym roku się dzieje w kontekście zapraszania korporacji, które systematycznie niszczą nasz świat. Jasne – skądś trzeba brać pieniądze, tylko czy rok, dwa, trzy lata temu było gorzej pomimo braku obecności tych wszystkich firm? Czy mniejszy budżet w jakiś sposób osłabiał Paradę? Nie sądzę.

Ludzi przybywa nie dlatego, że przybywa korporacji, a dlatego, że zaczynamy nareszcie rozumieć, że fajnie jest się kochać i szanować, i że tylko zjednoczeni jesteśmy w stanie coś zmienić na lepsze. To korporacje przyczepiają się teraz do oddolnej inicjatywy, widząc w niej szansę na autopromocję.

Naprawdę wiem, jakim wysiłkiem organizuje się wydarzenia bez kasy od sponsorów, ale uważam, że ten wybór powinien być przemyślany i zgodny z tym, w co wierzymy. Kocham Paradę i będę ją kochać, ale martwi mnie i trochę przeraża to, że im bardziej staje się popularna, widoczna i zauważalna, tym bardziej stajemy wszyscy na pozycji „równiejszych” od wszystkich tych, którzy umożliwiają nam cieszenie się tym dniem, chociaż sami najprawdopodobniej nigdy nie będą mogli go doświadczyć, bez względu na swoją hetero- czy nieheteronormatywność.  

Żeby jednak nie było tak pesymistycznie, przygotowałam krótkie zestawienie filmów, które warto obejrzeć jeszcze przed Paradą, żeby odzyskać ducha walki i przypomnieć sobie, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi: 

Paris is burning (Paryż płonie), reż. Jennie Livingston, 1990

Szalony dokument o kulturze drag w Nowym Jorku lat 80., nakręcony przez studentkę fotografii uniwersytetu Yale. Kolorowy, głośny i pełen przepychu, a mimo to bardzo intymny portret Drag Queens tamtych czasów (m. in. Venus and Danni Xtravaganza, Dorian Corey, Junior Labeija czy Octavia St. Laurent). 

Poza muzyką, błyskiem cekinów, światłem lamp i różnorodnością konkursowych kategorii, film porusza problemy niezwykle istotne (nie tylko wtedy): ubóstwo, pracę seksualną, wykluczenie, niezrozumienie, bezdomność, AIDS, homofobię, rasizm, nieheteronormatywność relacji, przemoc. Jednocześnie jest to jedna z pierwszych wzmianek w kinie na temat pracy seksualnej osób transpłciowych.

Drag jest w tym filmie swego rodzaju mikrokosmosem, w którym mieszają się kwestie klasowe i rasowe wraz z próbami wyrażania siebie poprzez występy. WSPANIAŁY, piękny film. Taki, po którym aż chce się zacząć robić drag.

Milk (Obywatel Milk), reż. Gus Van Sant, 2008

Harvey Milk był pierwszym otwarcie nieheteronormatywnym politykiem, który zasiadł w radzie miasta San Francisco. Podczas swojej niespełna rocznej kadencji pracował nad antydyskryminacyjnymi uchwałami, dotyczącymi w szczególności ochrony osób LGBTQIA+. Do dziś stanowi symbol walki o siebie i swoje prawa oraz zmiany porządku starego świata, w którym nieheteronormatywność była chowanym głęboko w szafie powodem do wstydu i strachu.

Milk udowodnił światu, że żadna osoba na to nie zasługuje, mało tego – ma takie samo prawo jak osoba heteronormatywna do udziału w polityce, czy jakiejkolwiek innej dziedzinie życia społecznego. W 1978 roku Harvey Milk został zastrzelony przez działacza Demokratów. W 30. rocznicę jego śmierci, Gus Van Sant nakręcił piękny film, upamiętniający jego życie i siłę, którą podarował milionom innych osób.

Pride (Dumni i wściekli), reż. Matthew Warchus, 2014

Oparta na faktach historia brytyjskich aktywistek i aktywistów LGBT z Londynu, którzy niedługo po dojściu do władzy Margaret Thatcher postanawiają pomóc walczącym z reformami górnikom. W geście solidarności z tymi, którzy stali się obiektem szykan jakich na co dzień doświadczają osoby nieheteronormatywne, zakładają grupę LGSM (Lesbians and Gays Support the Miners – lesbijki i geje wspierają górników) i rozpoczynają zbiórkę pieniędzy.

Gdy przekażą je społeczności z małej, walijskiej, górniczej wioski, pomiędzy tymi dwiema grupami zrodzi się niezwykła przyjaźń i siła solidarności. Okaże się też, ile wspólnego mają ze sobą osoby z – pozornie – dwóch różnych światów, ile mogą się od siebie nauczyć i wspólnie zdziałać, jeśli tylko zechcą się poznać i ze sobą porozmawiać.

The Danish Girl (Dziewczyna z portretu), reż. Tom Hooper, 2015

Historia duńskiej malarki Lili Elbe, będącej jedną z pierwszych osób, które poddały się udokumentowanej  korekcie płci. Na początku XX wieku, jeszcze jako mężczyzna – Einar Wegener – stała się rozpoznawalną malarką i już wtedy zdarzało jej się występować publicznie jako kobieta (udając siostrę Einara) lub pozować żonie Gerdzie (również malarce). Co ciekawe, to dzięki portretom Lili Gerda stała się rozpoznawalną artystką, natomiast w momencie, gdy na światło dzienne wyszedł fakt, że do portretów pozuje jej mąż, a nie kobieta, w artystycznym światku wybuchł nie lada skandal.

Operację Lili przeprowadzili w latach trzydziestych niemieccy lekarze: ginekolog Kurt Warnekros, i seksuolog dr Magnus Hirschfeld, który przez lata zajmował się walką o prawa mniejszości seksualnych i zabiegał o wykreślenie z kodeksu karnego powstałego w 1871 roku paragrafu 175, który mówił, że „mężczyzna, który dopuszcza się nieprzyzwoitych stosunków z innym mężczyzną lub który bierze udział w takich stosunkach, będzie karany więzieniem” (paragraf ten zniesiono dopiero pod koniec lat 60. (!) – w  NRD w 1967 r., a w RFN w 1969 r.).

Podobno swoim chcącym wyleczyć się z homoseksualizmu pacjentom zalecał „dużo gejowskich imprez i mnóstwo chłopaków”, a gdy rodzina próbowała przekonywać go, by zamiast homoseksualizmem zajął się zagadnieniem medycznym budzącym więcej szacunku, i takim, które przyniosłoby mu uznanie i radość, na przykład cholerą, odpowiedział: Czy naprawdę uważacie, że cholera daje więcej radości niż seks?.

W 1919 r. Hirschfeld założył Instytut Nauk Seksualnych, który rocznie przyjmował 20 tys. pacjentów (jego sława szybko przekroczyła granice Niemiec). Instytut udzielał porad dotyczących antykoncepcji, prowadził edukację seksualną, leczył choroby weneryczne, wspierał osoby homoseksualne i transpłciowe. Archiwa Instytutu zostały spalone przez nazistów w 1933 roku, łącznie z dokumentacją medyczną Lili Elbe[2].

Mnie osobiście film nie zachwycił, ale zachwyciła mnie historia relacji tych dwóch kobiet. Niezwykłej siły ich miłości i wsparcia dla swoich wyborów. Poraziło mnie też to, jak niewiele się od tamtych czasów ruszyło, ale obawiam się, że to nieśmiertelna refleksja. Aha, nie zapominajmy o piesku (na zdjęciu) – jak wszystkie najsłodsze pieski jest to najsłodszy z piesków.

120 battements par minute (120 uderzeń serca), reż. Robin Campillo, 2017

Gdy w latach 90. Francja boryka się z epidemią AIDS, aktywistki i aktywiści związane/i z francuską gałęzią organizacji ACT UP (AIDS Coalition to Unleash Power) organizują happeningi i demonstracje wymierzone w rząd i koncerny farmaceutyczne, oraz akcje edukacyjne o bezpiecznym seksie, homoseksualizmie i chorobach przenoszonych drogą płciową w szkołach na terenie Francji.

Niesamowity film, który daje ogromną siłę walki. Niezwykle dojrzały bunt, który może uratować świat i kameralny obraz relacji między zarażonymi wirusem osobami. Szczery i naturalny film, który polecam z całego serca. Niby lata 90., więc miałam wtedy lat maksymalnie 8, ale wśród bohaterek i bohaterów czułam się jak w gronie przyjaciół, tak jakby czas stanął w miejscu, bo ciągle walczymy o to samo. O szacunek.


[1]    Transgrysy

[2]    Gazeta Wyborcza

0 I like it
0 I don't like it

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *