WYZWOLENIE PRZEZ PRACĘ SEKSUALNĄ – ROZMOWA ZE ŚWIĘTĄ LADACZNICĄ

swieta-ladacznica-wywiad-pozytywna-seksualnosc-praca-seksualna-feminizm
kadr z filmu Sleeping Beauty, 2011

Myślę, że wiele z nas w jakimś momencie swojego życia fantazjowało (lub nadal fantazjuje) o pracy seksualnej. O nieskrępowanym zaspokajaniu swoich potrzeb przy jednoczesnym czerpaniu z tego korzyści finansowych, o przelotnych romansach z bogatymi dżentelmenami w drogich garniturach i z nienagannymi manierami, o podwójnym życiu i emocjonującej świadomości robienia czegoś społecznie uważanego za nie moralne. Mnie osobiście ten zawód zawsze niesamowicie pociągał i odkąd pamiętam chciałam umówić się na seks za pieniądze (w sumie nadal chcę, niestety teraz będąc w monogamicznym związku nie mam absolutnie ochoty sypiać z nikim innym niż mój chłopak, więc trochę lipa).

W czasach, gdy dużo korzystałam z Tindera sporo myślałam o tym, że przecież mogłabym robić dokładnie to samo za hajs, skoro i tak chcę się umawiać na seks, bo zwyczajnie mam na niego ochotę. Ale czemu tego nie zrobiłam, w sumie sama nie wiem. Myślę, że nie jestem odosobniona w tych fantazjach i w oporach przed ich zrealizowaniem wywoływanych przez zakorzeniany w nas od najmłodszych lat strach przed wstydem, stygmatyzacją, przemocowym środowiskiem.

Od dziecka jesteśmy faszerowane bzdurami o tym, że praca seksualna = przemoc i wyzysk, że jest to rzecz dla kobiety skrajnie upodlająca, że choroby, narkotyki, przemoc, że już nigdy nie zbudujemy normalnego związku, że nie będziemy umiały kochać i w ogóle śmierć i pożoga, koniec świata jaki znamy.  Wpajają nam to nie tylko opiekunowie, nauczyciele, księża czy politycy, ale i otaczająca nas popkultura.

Pomimo tysięcy rozseksualizowanych reklam, nikt nie pokazuje tak chętnie seksu jako takiego – prawdziwego, naturalnego, nie zawsze wizualnie dosmaczonego. A już broń boże żeby ktoś mówił o czerpanej z niego przyjemności (ok, to się troszeczkę zaczyna zmieniać, ale w czasach, w których dojrzewałam zewsząd krzyczały do mnie piękne panie w erotycznych pozach i nagłówki o seksie, zdradach, „100 seks-tricków”, „50 porad jak spełnić JEGO fantazje” i quiz „jaką kochanką jesteś?”, a znikąd nie dostałam komunikatu odnośnie odpowiedzialnego seksu, świadomej zgody, chorób przenoszonych drogą płciową, asertywności, świadomości swojego ciała i tego, że seks nie wygląda tak, jak pokazane jest to w filmach pornograficznych).

Filmy podejmujące temat pracy seksualnej również w większości pokazują konsekwencje (oczywiście negatywne) tej pracy, a nie czerpane z niej korzyści. Pracownice i pracowników seksualnych spycha się na margines społeczeństwa, bo tak jest wygodnie i zawsze można kogoś obwinić o miejskie patologie. Przy okazji jest też na kogo zrzucić odpowiedzialność za zdradę męża/partnera, jak się „puści z jakąś dziwką”, bo wiadomo, że to przecież wina seksworkerki, że tak zarabia, a nie typa, że w pełni świadomie zapłacił komuś, żeby zdradzić żonę czy partnerkę.

O pracownikach i pracownicach seksualnych mówi się jak o najgorszych kryminalistach, podczas gdy jednocześnie w Kościele, czy rządzie – tak chętnych do stygmatyzacji innych – zasiadają osoby mające w życiorysie czyny faktycznie na stygmatyzację zasługujące. Tymczasem dla wielu osób praca seksualna to nie tylko sposób na utrzymanie się (często jedyny), ale też na wyzwolenie, samodzielność ekonomiczną, zaspokojenie własnych potrzeb, odkrywanie siebie, swojej seksualności, atrakcyjności.

Warto pamiętać, że w dobie Internetu dogorywają już czasy przemocowych alfonsów rodem z najbardziej traumatycznych filmów oglądanych w dzieciństwie w tajemnicy przed rodzicami (u mnie to był Striptiz z Demi Moore – nigdy nie zapomnę tego filmu z czerwonym kwadracikiem puszczonego w telewizji późno w nocy, kiedy moi rodzice byli u znajomych, w którym pierwszy raz w życiu zobaczyłam na ekranie kobiece piersi, i który zakorzenił we mnie myślenie, że praca seksualna=zagrożenie).

Dlatego dzisiaj oddaję w Wasze ręce rozmowę, którą przeprowadziłam ze wspaniałą osobą – seksworkerką, feministką i bardzo wrażliwą kobietą wykorzystującą swój zawód do mówienia głośno o pozytywnej seksualności, która szczerze i otwarcie opowiada o swojej pracy i jej wpływie na inne sfery życia. Możecie kojarzyć jej bloga – https://escortgirl.blog – gdzie jako Święta Ladacznica opisuje swoje doświadczenia związane z pracą seksualną.

Kiedy zdecydowałaś, że chcesz zostać seksworkerką i co doprowadziło Cię do tej decyzji?

Pierwszą decyzję podjęłam w 2011 roku. Nie wiedziałam jak inaczej mogę szybko zdobyć pieniądze na jedzenie. Szukanie pracy nie wchodziło wtedy w grę, zresztą wynagrodzenie dostałabym najszybciej po miesiącu. Umówiłam się na spotkanie sponsorowane z pierwszym klientem poprzez jakiś zwykły portal randkowy, potem z drugim już z dedykowanego ogłoszenia. Miałam wtedy łącznie kilka spotkań przez rok, byłam skrajną amatorką. Potem zrezygnowałam, bo znalazłam się w zupełnie innej sytuacji życiowej – miałam (chwilowo) dużo pieniędzy oraz „zwykłą” pracę i nie potrzebowałam pracy seksualnej. Zajęłam się innymi sprawami. Niestety później moja sytuacja zdrowotna i życiowa bardzo się pogorszyły. W pracy, którą w tamtym czasie miałam, zarabiałam zdecydowanie za mało, a pracę seksualną polegającą na spotkaniach z klientami na seks wspominałam bardzo miło, więc podjęłam decyzję o zatrudnieniu się w agencji, będąc już tym razem znacznie lepiej przygotowaną.

Po drodze miałam jeszcze krótki epizod z kamerkami, ale nie wspominam go dobrze, przede wszystkim dlatego, że kamerka internetowa to nie jest moje medium – nawet prywatnie nie używam Skype’a ani Zooma, bo o wiele bardziej lubię interakcje twarzą w twarz albo słowo pisane. Poza tym bałam się pracować upubliczniając swoją twarz i głos, z uwagi na stygmatyzację, która mogłaby mnie spotkać. Nie umiałam też zaangażować widza ani skłonić go, by wykupił transmisję na kanale prywatnym. Proszenie o tipy też nie wychodziło mi naturalnie. Do tego strasznie frustrowało mnie samo przygotowywanie się do występu i sprzątanie po nim – to były każdorazowo dwie, trzy godziny pracy, bo żeby zachować anonimowość, mój pokój musiał wyglądać w kadrze zupełnie inaczej niż na co dzień. Przez pół roku zarobiłam na kamerkach łącznie około tysiąca dwustu złotych, z czego większość dni mijała mi na „dziś wejdę na kamerki… meh, jednak nie”.

W jaki sposób weszłaś w branżę i co Cię w niej najbardziej zaskoczyło?

Za pierwszym razem po prostu zamieściłam darmowe ogłoszenia. Bez zdjęć, bez numeru telefonu. Za drugim – kupiłam alternatywną kartę SIM, włożyłam ją do starej Nokii i zaczęłam szukać agencji, która by mi odpowiadała. Wysłałam kilka maili i umówiłam się na dwa spotkania rekrutacyjne. Ja weryfikowałam pracodawcę, a pracodawca mnie. Tego samego dnia, w którym odbyłam obie rozmowy, zdecydowałam się na współpracę i wieczorem miałam już pierwszego klienta. Musiałam tylko pożyczyć odpowiednie ubrania (płaszcz, sukienka, buty), bo żadnych nie miałam – prywatnie najchętniej nosiłam bluzy, dżinsy, adidasy i sportowe kurtki. Po pół roku pracy w agencji zaczęłam z powrotem pracować na własną rękę, bo zmęczyło mnie masowe podejście do klienta i przedmiotowe podejście klientów do mnie. Wróciłam do randek.

Na plus najbardziej zdziwiło mnie, jeszcze na etapie tych kilku spotkań dawno temu, że moje randki z klientami nie różnią się niczym od randek, które w tym samym czasie miałam prywatnie poprzez portale randkowe. Tak samo byłam zapraszana na kolację z seksem albo sam seks, tak samo prowadziliśmy rozmowy i albo nawiązywaliśmy dłuższe relacje, albo (najczęściej) nie. Różnica polegała tylko na tym, że raz dostawałam wynagrodzenie za mój czas, a raz nie. Na minus zdziwiło mnie… nic mnie nie zdziwiło na minus, bo najgorsze rzeczy, z jakimi się zetknęłam przez te wszystkie lata, są i tak lepsze niż stereotypowy obraz pracy seksualnej, którym nasiąknęłam.

Możesz opisać jak wygląda taka typowa randka z klientem/klientką?

W ogóle nie mam klientek, sami klienci. Typowa randka to spotkanie mniej więcej trzygodzinne, w trakcie którego idziemy do hotelowego baru na drinka, albo do jakiejś restauracji na kolację. Rozmawiamy (dyżurne tematy to podróże, jego praca, moje plany na przyszłość i polityka), poznajemy się bliżej, a potem wracamy do hotelu. Oferuję usługę waniliową oraz lekkie BDSM, które jest nieco droższe. Czasami zostaję na noc. Bardzo rzadko mam pojedyncze godziny. Zdecydowana większość moich klientów to wykształceni biznesmeni, menadżerowie, niezależni specjaliści i naukowcy w średnim wieku, którzy przyjechali do Warszawy w interesach.

Co czułaś przed pierwszym w życiu spotkaniem z klientem?

Przed pierwszym spotkaniem byłam przerażona. Nie tym, że klient coś mi zrobi, tylko tym, co się ze mną stanie potem. Wychowana na stereotypach o kobietach upadłych, miałam silne przeświadczenie, że wkraczam na drogę do życiowej samozagłady. Porozmawiałam wtedy z ówczesnym chłopakiem, a ten mnie bardzo uspokoił, opowiadając historie dwóch swoich znajomych sprzed lat. Zdecydowałam się na spotkanie, a po nim zrozumiałam, że nic się nie zmieniło – poza tym, że miałam w portfelu bardzo dużo pieniędzy: na dwa, trzy tygodnie skromnego życia. W drodze powrotnej porównywałam to intensywnie zpracą na etacie, gdzie (w każdej kolejnej firmie) doświadczałam o wiele gorszego traktowania, żyłam w skrajnym stresie nie mając czasu nawet na przygotowanie się do zajęć na studia, i byłam w absolutnym szoku, że można komfortowo zarabiać godne pieniądze.

Jak wyglądają Twoje relacje z innymi osobami z branży i z osobami, dla których pracowałaś?

Moje relacje z innymi escortkami to najczęściej mentoring. Młode kobiety przychodzą po wsparcie biznesowe, zadają pytania, dostają odpowiedzi, a potem znikają z mojego życia. Mam więcej znajomych pracujących w innych gałęziach branży seksualnej: na kamerkach, w klubach nocnych czy oferujących masaż erotyczny i tantryczny. Ostatnio na Facebooku powstała grupa dla osób pracujących w różnych gałęziach usług seksualnych i czasem się tam udzielam.

Relacje z przełożonymi miałam raczej dobre. Trafiłam do bardzo przyjaznych agencji, menedżerki były inteligentnymi kobietami na poziomie. Współpraca z nimi wyglądała zupełnie inaczej niż przedstawiane jest to w mediach – nie dochodziło nigdy do przemocy, a najgorsza rzecz, do jakiej zostałam zmuszona, to praca na fatalnych w mojej ocenie zdjęciach (z czasem okazało się, że miałam rację: telefon milczał). Zwyczajne życie zawodowe, tyle że zamiast usługi np. strzyżenia, sprzedawałam usługę seksualną. Tak więc pomimo zdarzających się czasem tarć, miło wspominam obie panie. Pomogły mi nauczyć się wszystkiego, czego potrzebowałam, dbały o moje bezpieczeństwo i komfort. Żałuję utraty kontaktu z jedną z nich: spotkałyśmy się na kawie po tym, jak już odeszłam z pracy, ale później chyba miała problemy prawne związane z prowadzeniem agencji, bo w pewnym momencie jej telefon przestał odpowiadać.

Dlaczego postanowiłaś założyć bloga?

Z nudów. W agencji, w której się zatrudniłam, miałam laptopa, stałe łącze i mnóstwo wolnego czasu do spożytkowania jak tylko chciałam. Zaczęłam więc prowadzić internetowy pamiętnik, który w ciągu dwóch lat zdobył sporą popularność w branży. Wtedy też postanowiłam wreszcie przenieść się z Blogspota na WordPressa i zmienić adres na bardziej adekwatny (mój pierwotny adres bloga wskazywał, że pracuję na ShowUpie – polskim portalu z seks kamerkami). Co ciekawe, dokładnie w tym samym czasie, kiedy pisałam na kolanie mój pamiętniczek z nieadekwatnym adresem, próbowałam zostać profesjonalną lifestylową blogerką na wzór innych influencerek. Wzięłam udział w prestiżowym szkoleniu Jasona Hunta o blogowaniu, przeczytałam wszystkie jego książki, zainwestowałam w szablon, logo, domenę, planowałam wpisy i… nie chwyciło. Chwycił blogasek pisany na kolanie, z brzydkim szablonem i bezsensownym adresem, o którym nie powiedziałam ani słowa nawet przyjaciołom.

Z jakimi reakcjami na swój zawód się spotykasz?

Co człowiek to inna reakcja. Podam kilka: „Ale faaajnie!!!”; „A nie chciałabyś iść do normalnej pracy?”; „Będę się za ciebie modlił”; „Podniecasz mnie”; „Czy jesteś bezpieczna?”; „Chciałbym się z tobą spotkać”.

Co daje Ci praca seksualna, czy czujesz się dzięki niej silniejsza, dojrzalsza, bardziej w zgodzie z samą sobą, czy wręcz przeciwnie?

Jestem na takim etapie, że praca seksualna już nic nowego mi nie daje, więc spójrzmy w przeszłość. Kiedyś byłam zastraszona w życiu zawodowym (w niemal każdej „normalnej” pracy doznawałam wyzysku, albo wręcz mobbingu), niepewna własnej kobiecości, otoczona gronem fałszywych przyjaciół, biedna jak mysz kościelna i rozdarta między „chcę” a „nie wolno, nikt tego nie zaakceptuje”. Teraz jestem pewna siebie, otaczają mnie tylko sprawdzeni ludzie i nie akceptuję pracy, w której nie czuję się komfortowo. W ogóle to właśnie zakładam biznes – na razie jako działalność nierejestrowaną, bo zbudowanie nowej marki zajmie mi trochę czasu.

Czy traktujesz pracę seksualną jako pasję, czy jako okres przejściowy w życiu?

Jedno nie wyklucza drugiego.

Co Cię najbardziej kręci, a co denerwuje w tym zawodzie?

Najbardziej denerwują mnie telefony o każdej porze dnia i nocy. Nie zawsze pamiętam, żeby wyłączyć, a potem włączyć dzwonek dla klientów, więc zdarza mi się, że ktoś dzwoni o 1 w nocy czy 5 nad ranem zapytać, czy jestem teraz dostępna. Niestety niektórzy nie doczytują ogłoszeń i wydaje im się, że jestem jedną z tych osób, które są w pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Najbardziej kręci mnie wizja miłego spotkania, którą mam jadąc taksówką do klienta. Czasami jeżdżę też komunikacją miejską, ale wtedy nie czuję aż takiej ekscytacji.

Czy w czasie odkąd pracujesz seksualnie byłaś w związku? Jaki był stosunek partnera/partnerki do Twojego zawodu?

Tak, nawet teraz jestem w związku. Szukam partnerów, którzy mają stosunek neutralny – to znaczy ani nie są nastawieni negatywnie, ani też nie podnieca ich moja praca. Nie tolerowałabym ani jednego, ani drugiego. Mój obecny chłopak pracuje w korporacji, jest w tym samym wieku co ja i jest absolutnie wspaniały: romantyczny, inteligentny, czuły, stabilny emocjonalnie. To mój pierwszy od wielu lat związek nie na odległość. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko, często się widujemy, dużo rozmawiamy. Poznaliśmy się dwa lata temu na imprezie fetyszowej i dobrze nam się razem bawiło (miał sznurki), więc zaczęliśmy się niezobowiązująco spotykać. Z czasem zaczęło być romantycznie, a w końcu związaliśmy się ze sobą oficjalnie. Oczywiście błyskawicznie dowiedział się o mojej pracy. Nie mamy spięć z tym związanych, jednak mierzymy się z kilkoma uciążliwościami.

Przede wszystkim regularnie chodzimy na badania na HIV i pozostałe infekcje przenoszone drogą płciową, bo zawód escortki oznacza tak zwane “ryzykowne zachowania seksualne”. Po drugie, czasami nie mogę spędzić z nim czasu, bo mam klienta. Albo też klient dzwoni w trakcie naszej randki i wtedy przeważnie odbieram telefon. O jednorazowych klientów nie jest zazdrosny, bo nie stanowią dla niego konkurencji, natomiast nie chciałby, żebym się angażowała z nimi w bliskie relacje, jak to zwykłam robić kiedyś. Ważne też, że jesteśmy w związku otwartym, więc to trochę inaczej u nas działa niż u tradycyjnej monogamicznej pary.

Czym dla Ciebie jest feminizm i czy czujesz, że w jakimś stopniu wyklucza on pracownice i pracowników seksualnych? Co najbardziej Ci przeszkadza w publicznym dyskursie o pracy seksualnej?

Dla mnie feminizm to równość oraz dawanie wolnego wyboru do tego, w jaki sposób będziemy się realizować. Nie uznaję więc za feminizm ani mizoandrycznego stawiania kobiet wyżej, ani decydowania za innych, że bycie spełnioną gospodynią domową lub dobrowolną pracownicą seksualną jest złe. We współczesnym dyskursie dużo feministek pozbawia głosu pracownice i pracowników seksualnych, utrzymując, że każde z nas, które podnosi temat dobrowolnej pracy seksualnej, jest uprzywilejowane.

Dwa lata temu rozpętałam wielką burzę na łamach Krytyki Politycznej, pisząc o tym, że chciałabym pełnej dekryminalizacji pracy seksualnej (może zarysuję  kontekst: w Polsce wolno mi świadczyć usługi seksualne, ale nie mogę nikogo zatrudnić na stałe do pomocy, bo ten ktoś czerpałby korzyści finansowe z mojej pracy; karalna jest też współpraca kilku escortek, no i oczywiście likwidowane są wszystkie miejsca pracy, nawet takie fajne, jak te, które sobie – bez trudu – znalazłam).

Dowiedziałam się, że skoro lubię moją pracę, to nie jestem pracownicą seksualną z przymusu ekonomicznego, więc mam siedzieć cicho. Może przypomnę, że zaczęłam pracować seksualnie, bo nie miałam pieniędzy. To przypadek, że polubiłam swoje zajęcie. Ale nawet gdybym go nie znosiła (a mam takie momenty), to przecież jest to moja praca, z której się utrzymuję. Ostatnie, czego potrzebuję, to utrudnianie mi jej poprzez postulowane przez część feministek kryminalizowanie klientów.

W statystykach miesza się nagminnie dobrowolną pracę seksualną podjętą z pobudek finansowych z handlem ludźmi, powtarzając, że „tylko 4% kobiet prostytuuje się z własnej woli”. W dyskursie feministycznym osób abolicjonistycznych jedyna dobrowolna praca seksualna to ta z pasji. Tymczasem większość pracowników w absolutnie każdym zawodzie pracuje z przymusu ekonomicznego, niekoniecznie lubiąc to, co robią – czy oni też są ofiarami handlu ludźmi?

A skoro o handlu ludźmi mowa… Ostatnio udostępniałam u siebie ciekawy artykuł o tym, że producenci m.in. Twixów korzystają w znacznej części z nielegalnych upraw kakao, gdzie wyzyskiwani są nieletni pracownicy. Idąc tropem „skoro gdzieś mamy niewolniczą pracę, należy skryminalizować wszystkich klientów celem zmniejszenia popytu” (tak właśnie myślą te feministki), powinnam płacić grzywnę za każdym razem, kiedy kupię dowolny produkt zawierający kakao – z etycznych źródeł bądź z nieetycznych, bez znaczenia. Jednak ludzie obsesyjnie skupiają się na seksie, a analogiczne sytuacje w innych branżach pomijają.

Czego według Ciebie brakuje w przestrzeni publicznej i polityce, żeby włączać do niej osoby pracujące seksualnie?

Na pewno brakuje przestrzeni do bezpiecznego zabierania głosu. Byłoby super, gdyby coming-out jako pracownik czy pracownica seksualna nie łączył się ze skrajną stygmatyzacją (przy jednoczesnym uciszaniu nas jako osób uprzywilejowanych), litością, wmawianiem traum, nawracaniem na „normalną pracę” czy wysyłaniem zdjęć penisów na priv. Oraz oczywiście z dużo większym ryzykiem doznania przemocy fizycznej i seksualnej. Niestety musimy to sobie wywalczyć.

Ogromnym problemem jest amerykańska ustawa FOSTA-SESTA[1], przez którą mówienie dobrze o pracy seksualnej i zrzeszanie się w sieci jest bardzo utrudnione. Ale już wcześniej mój fanpage na Facebooku został zbanowany za „obsceniczne treści”. Tą obsceną nie był seks, bo u mnie nie ma więcej erotyki niż u, notabene też zmagających się z tym problemem, edukatorek i edukatorów seksualnych. Tą obsceną było mówienie, że praca seksualna może być ok.

Często spotykam się z zarzutem, że promuję prostytucję. To też pokłosie przekonania, że o pracy seksualnej można mówić źle albo wcale. Tymczasem mówienie tylko źle sprawia, że wiele zdesperowanych osób trafia na przemocowców i wyzyskiwaczy, którzy wykorzystują ich niewiedzę, że możliwa jest też praca seksualna w godnych, bezpiecznych warunkach. Koresponduję czasem z osobami, które zaczynają pracę seksualną od uwikłania się w trudne, przemocowe sytuacje z alfonsami z piekła rodem, a potem nie potrafią się z tego wyplątać. Paradoksalnie to są konsekwencje zmowy milczenia wokół naszego zawodu.

Praca seksualna nie przestanie istnieć, bo rynek pracy nie oferuje lepszej alternatywy dla młodej osoby w trudnej sytuacji finansowej. W związku z tym mówienie „chcesz być bezpieczna – nie sprzedawaj seksu” nie ma sensu. Ponieważ jednak ludzie nie mają na ten temat rzetelnej wiedzy, nie umieją zadbać o własne bezpieczeństwo i powodzenie na rynku. Nie wiedzą też, co jeszcze jest w porządku, a co już jest przegięciem, kłamstwem, wyzyskiem czy przemocą. Sporo osób autentycznie wierzy, że skoro weszły do branży, to muszą tolerować patologiczne zachowania. Tak nie jest.

Można zminimalizować każde ryzyko związane z tym zawodem, potrzeba do tego tylko wiedzy. Tymczasem temat jest tabuizowany i stygmatyzowany do tego stopnia, że ludzie zatajają nawet to, że przyjaźnią się z jakąś escortką, czy że działają w inicjatywach na rzecz pracownic i pracowników seksualnych. Mało kogo stać na publiczne bycie naszym sojusznikiem/sojuszniczką, który/a głośno powie, że praca seksualna sama w sobie jest OK i że klienci (oczywiście ci normalni) też są OK, a głębsza znajomość tematu jest uznawana za podejrzaną. Wolno się nad nami co najwyżej litować, a na klientach wiesza się psy.

Efekt tego wszystkiego jest taki, że w kolejnych „postępowych” krajach wprowadza się tak zwany model szwedzki[2], czyli kryminalizowanie klientów. To rozwiązanie prawne radykalnie pogarsza warunki, w jakich pracujemy i naraża nas na dużo większą przemoc. Z kolei w Stanach, gdzie kryminalizuje się samo świadczenie usług seksualnych (co samo w sobie już jest wystarczająco złe), w zeszłym roku na mocy ustaw FOSTA-SESTA zlikwidowano strony, na których ogłaszały się osoby oferujące seks, przez co mnóstwo ludzi musiało wyjść na ulice zamiast dalej odsiewać podejrzanych klientów zdalnie. Prawnie w tej kwestii na świecie jest więc z roku na rok coraz gorzej.

Czy wg Ciebie praca seksualna jest formą wyzwolenia kobiet?

Nie tylko kobiet. Także mężczyzn i osób niebinarnych. Praca seksualna może być zarówno okazją do pogłębionej pracy ze swoją płcią, cielesnością i seksualnością, jak i często jedyną w danym momencie okazją do ucieczki z bardzo złej sytuacji życiowej. Dużo osób trans, zwłaszcza transpłciowych kobiet, zbiera w ten sposób na zabiegi korekty płci.

Całe mnóstwo młodych osób wyjeżdża do większych miast pracować seksualnie w różnych branżach, dzięki czemu mogą zacząć lepsze życie, wolne na przykład od toksycznych rodziców czy partnerów. Dla takich ludzi praca seksualna jest doraźnym i skutecznym lekarstwem na problemy spowodowane przez system, w jakim żyjemy. A kiedy odejdziemy od tych problemów, okaże się, że praca seksualna to niesamowita przygoda: możliwość zrealizowania swoich pragnień erotycznych, szansa na wyzbycie się kompleksów związanych z własnym ciałem, wymagający ale efektywny trening asertywności, okazja aby doświadczyć ludzkiej różnorodności…

Czy masz jakieś rady dla początkujących seksworkerek/ów?

Zbyt wiele, więc ograniczę się do najważniejszych:

  • Ufaj własnej intuicji i nigdy nie zgadzaj się na to, czego nie chcesz i co Ci się nie podoba.
  • Zanim zaczniesz, poszukaj rzetelnej wiedzy o tym, jak wygląda praca w danej gałęzi branży seksualnej, najlepiej spisanej przez inne seksworkerki/ów.
  • Jeśli możesz, poszukaj zaufanej osoby, której będziesz się meldować: „idę na spotkanie z tym i tym”; „będę tu i tu”; „spotkanie potrwa do tej i do tej”; „spotkanie właśnie się skończyło, wszystko było ok”. Ustal hasło oznaczające „nie jest ok, ratuj”.
  • Zawsze miej przy sobie naładowany telefon i pieniądze na powrót do domu.
  • Podejdź do pracy seksualnej jak do własnego biznesu: rozpoznaj swoją grupę docelową i stale w siebie inwestuj.
  • W miarę możliwości odkładaj pieniądze na gorsze momenty w branży (to praca sezonowa) i dalszą przyszłość.
  • Nie przepracowuj się. Work-life balance to niesamowicie ważna rzecz w tej branży.
  • Zajrzyj na mojego bloga i na fanpage Sex Work Polska, gdzie znajdziesz wiele przydatnych artykułów, informacji i porad dotyczących pracy seksualnej.

[1] The Stop Enabling Sex Traffickers Act (SESTA) i Allow States and Victims to Fight Online Sex Trafficking Act (FOSTA) to ustawy, które Senat USA wprowadził w życie 11 kwietnia 2018 r., pod skróconą nazwą FOSTA-SESTA. W teorii miały sprawić, że świadomy współudział, ułatwianie czy wspieranie handlu ludźmi będą nielegalne. Chodziło też o naniesienie poprawek do Rozdziału 230 Ustawy o Zasadach Komunikacji z 1996 roku, według której portale internetowe nie ponosiły konsekwencji prawnych za treści zamieszczane przez ich użytkowników.

[2] więcej informacji o szwedzkim modelu „radzenia sobie” z pracą seksualną tu: https://www.newsweek.pl/polska/prostytucja-w-europie-czy-polska-przyjmie-szwedzki-model-newsweekpl/lfxhkj4

i tu: https://www.rp.pl/artykul/1093022-Prostytucja-tylko-po-nordycku.html

0 I like it
0 I don't like it

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *