W IMIĘ SZTUKI

samantha

Kiedyś wierzyłam, że dobry film jest zwierciadłem jego reżysera/reżyserki. Że wartościowe, piękne filmy muszą oznaczać, że za ich powstaniem stoi wrażliwa, mądra osoba, która z szacunkiem traktuje świat, a kino jest dla niej miejscem edukacji artystycznej i społecznej, platformą do dyskusji i pokazania najróżniejszych problemów i perspektyw. Że osoby, które tworzą kino, rozumieją więcej, niż my – przeciętni widzowie.

Nie zapomnę dnia, w którym cały świat dowiedział się od Marii Schneider, że scena gwałtu w Ostatnim Tangu w Paryżu nie była zagrana. Że reżyser z aktorem postanowili nie poinformować kobiety (a raczej młodej dziewczyny) o swoich planach, bo chcą „prawdziwej i autentycznej” reakcji. Reakcji upokorzonej kobiety, a nie aktorki, która zagrała upokorzenie.

Maria Schneider, Marlon Brando

W wywiadzie z „Daily Mail” mówiła: „Ta scena nie była w oryginalnym scenariuszu. Prawda jest taka, że to Marlon wpadł na ten pomysł. Powiedzieli mi dopiero tuż przed tym, jak mieliśmy kręcić tę scenę i byłam wściekła. Powinnam zadzwonić do mojego agenta albo wezwać na plan filmowy prawnika, bo nie mogli mnie zmusić do czegoś spoza scenariusza. Ale wtedy tego nie wiedziałam”.

„Ostatecznie w opisywanej scenie, 19-letnia aktorka brała udział w „symulowanej” scenie gwałtu, w której zerwano jej majtki i przyciskano twarz do podłogi, a aktor i reżyser działali w porozumieniu, by zmaksymalizować jej ból i poniżenie. – Czułam się poniżona i szczerze, także trochę gwałcona – jednocześnie przez Brando i Bertolucciego – mówiła Schneider, która po tamtym filmie nie zgodziła się już na rozbierane sceny. Podkreślała, że po wszystkim nikt jej nie pocieszał, ani nie przepraszał. Rola w skandalicznym filmie wywarła na 19-letniej Schneider duże piętno. Improwizowana, brutalna scena wymuszonego seksu negatywnie odbiła się na jej psychice i spowodowała załamanie nerwowe. Aktorka przez lata zmagała się z uzależnieniem od narkotyków, cierpiała też na chorobę psychiczną. Bertolucci wielokrotnie wyrażał żal z powodu tego, jak praca przy jego filmie wpłynęła na rozpoczynającą karierę młodą aktorkę. Twórcy zgodnie zapewniali jednak, że do samego aktu seksualnego nie doszło. Schneider wspominała, że po nakręceniu sceny nie doczekała się przeprosin ze strony filmowego partnera. On sam miał później twierdzić, że jego również zmanipulował Bertolucci”[1].

Co ciekawe, wiele takich informacji nie jest nawet ukrywana. Powszechnie wiadomo np., że Hitchcock terroryzował ekipę aktorską na planie Ptaków, m.in. rzucając w nich martwymi zwierzętami. Wielu wybitnych artystów ma w życiorysie zadawanie innym bólu i cierpienia czy upokarzanie ich dla swojej sztuki. A jednak przymykamy na to oczy, uznajemy że w końcu to wszystko było „w imię wyższego dobra”. W imię sztuki.

Tippi Hedren

Myślę, że każda osoba, która kocha kino a jednocześnie jest uwrażliwiona na problemy społeczne miała w życiu taki moment. Moment, w którym ukochany świat rozsypał się na kawałki i pokazał co kryje za swoją piękną, kolorową fasadą. Trochę jak w Purpurowej róży z Kairu, gdzie splecenie świata kina z rzeczywistością okazuje się nieść ze sobą tylko rozczarowania.

Roman Polański był zawsze w mojej czołówce ukochanych reżyserów. Uwielbiam namiętne i perwersyjne Gorzkie gody i Wenus w futrze, które nauczyły mnie o seksie (a raczej podejściu do niego) więcej niż jakikolwiek inny film. Uwielbiam niejednoznaczność jego postaci i sposób, w jaki podejmuje kwestie często wstydliwe. Uwielbiam Lokatora i Dziecko Rosemary i Frantic i Autora widmo i Wstęt i kurwa co z tego?

Co z tego, że autor jest wybitnym reżyserem, co z tego że ma niezaprzeczalny talent i wrażliwość filmową. Co z tego wszystkiego wynika, kiedy publicznie przyznał, że „uprawiał seks” z trzynastoletnią dziewczynką, która powiedziała mu „nie”[2]? Kiedy cynicznie wmawiał wszystkim, że był to seks za „obopólną zgodą” i jeszcze próbował zmyć z siebie odpowiedzialność twierdząc, że to ona okłamała go udając starszą bo miała makijaż? Jak można mówić o świadomej zgodzie, gdy idzie się do łóżka z dzieckiem? Jak można mówić o dorobku artystycznym, gdy na reżyserze ciążą dziesiątki oskarżeń o gwałt i molestowanie?

Ciężko nie łączyć artysty z jego artystycznym dorobkiem. Ale myślę, że czasem trzeba spojrzeć na te dwie kwestie oddzielnie. Nie po to, by oddzielić sztukę od autora. Ale żeby wiedzieć. Znać kontekst, rozumieć, pamiętać. Dbać o sztukę, która powstaje teraz.

Co tymczasem robi Szkoła Filmowa, wybitna ostoja polskiej kinematografii? Organizuje spotkanie z Polańskim. W swojej placówce. W miejscu, w którym uczy i kształtuje młode osoby, w tym mnóstwo kobiet, z których zapewne duża część ma już w życiorysie (a jeśli nie ma, to najprawdopodobniej niedługo będzie mieć) jakąś formę molestowania seksualnego.

Po fali negatywnych komentarzy oświadczenie w tej sprawie wystosował sam rektor szkoły – Mariusz Grzegorzek i zapewniam, że jest to najohydniejsza rzecz, jaką dzisiaj przeczytacie.

W kraju, w którym często się mówi, że gwałty i molestowanie są problemem niewykształconych marginesów (i nic nie daje to, że kobiety z najróżniejszych środowisk mówią o takich samych doświadczeniach udowadniając, że pochodzenie czy status majątkowy/społeczny nie mają absolutnie nic do rzeczy), wykształcony przedstawiciel szkoły artystycznej, chwalącej się od lat otwartością i wrażliwością na najróżniejsze tematy i kwestie społeczne, pisze rzeczy, od których jeżą się włosy na głowie a pięści same zaciskają z gniewu.

Co najmniej 2/3 całego tekstu poświęcone jest wybitnym osiągnięciom Romana Polańskiego. Czy jednak w wystosowanej przez studentki i studentów szkoły petycji i w głosach gniewu, które pojawiły się po ogłoszeniu, że Polański będzie gościł w Łodzi, ktoś kwestionował jego talent artystyczny? Nie, po prostu w naszym pięknym kraju standardową formą obrony gwałciciela, jest opisanie jego zalet i osiągnięć. Więc mówimy, że „to naprawdę porządny chłopak, zawsze mówił dzień dobry i nawet zakupy czasem zrobił starszej pani z 5. piętra”, albo że „dobry sąsiad, pomocny”, że „grzeczny, kłaniał się zawsze”, że „uczciwy, nigdy nie jechał na gapę ani żadnego mandatu nie dostał”, że „ciężko pracuje”, że „kosi ogródek”, że „utrzymuje rodzinę”, że „przecież był ministrantem więc to o czymś świadczy prawda”? Że „no może i zrobił jakieś tam głupstwo, ale przecież na pewno nie wiedział, że to będzie aż tak źle odebrane przez tę dziewczynę, a ona przecież też nie jest jakaś znowu niewinna nie raz ją z różnymi chłopami widziałam”. Że przecież „szkoda chłopaka, żeby życie zmarnował w więzieniu PRZEZ NIĄ”, bo przecież „każdy ma swoje za uszami”.

Politycy rechocząc pytają „jak można zgwałcić prostytutkę” a spora część osób w naszym kraju (szczególnie płci męskiej, bo ta część kraju o ofiarach gwałtów zawsze ma najwięcej do powiedzenia) ciągle uważa, że nie istnieje coś takiego jak gwałt małżeński albo gwałt na pracownicy seksualnej i że ofiara gwałtu jest współwinna jeśli piła alkohol, sama wracała w nocy przez park albo była ubrana w krótką sukienkę. A już nie daj boże wszystko naraz. Komendy policji swego czasu tworzyły latem poradniki dla kobiet pt. „jak uniknąć gwałtu”, sugerując żeby kobieta pilnowała ile pije, ile pije jej partner (!), obserwowała bacznie wszystko co się dzieje dookoła, nie ubierała zbyt wyzywająco, nie wracała sama po ciemku. Co tam, że większość sprawców przemocy to osoby znane ofierze, kultywujmy dalej obraz zakorzeniony w nas dzięki serii filmików edukacyjnych „kotki w piwnicy”, według którego gwałciciel to stary, obleśny dziad w skórzanym płaszczu, który kręci się po klatce schodowej lub piwnicy albo wyskakuje zza krzaka.  W Internecie co i raz można poczytać wypowiedzi zszokowanych mężczyzn, którzy nagle dowiadują się, że kobiety też lubią seks i chcą czerpać z niego przyjemność. Niedowierzanie miesza się z agresją i próbami ośmieszenia, poniżenia i obrażenia kobiet za wykazywanie „męskich” potrzeb bycia zaspokajanymi a nie tylko zaspokajającymi (ciekawi mnie szczególnie ta kwestia – czy oni naprawdę wcześniej uprawiali seks wierząc, że ich partnerki nie czerpią z tego żadnej przyjemności i uważali, że to jest ok???).

To jest właśnie polska mili państwo. Pojęcie świadomej zgody wydaje się stanowić zagadnienie tak odległe i ciężkie do pojęcia dla przeciętnego polaka, jak fizyka jądrowa. I gówno nas obchodzi, że sprawca zafundował piekło i więzienie psychiczne innej osobie. Że siłą odebrał jej godność, prawo do samostanowienia o sobie i swoim ciele, poczucie bezpieczeństwa, umiejętność ufania ludziom, poczucie że seks jest czymś dobrym, bezpiecznym i intymnym.

Psychiczna i psychiatryczna pomoc to w tym kraju również przywilej osób zarabiających w miarę godnie i mieszkających w dużych miastach, gdzie można pojechać na drugi koniec i nie spotkać sąsiadki, która zaraz rozpuści ploteczki. Ofiary zostają same ze swoimi traumami często nie mając wsparcia nawet w najbliższych osobach, a my – polskie społeczeństwo – rozczulamy się tymczasem nad gwałcicielem, jak to „jego życie zostało zniszczone”, że „jego przyszłość”, „jego rodzina”, „jego kariera”, „jego dorobek”. A co z nią? Co z jej zdrowiem? Jej szczęściem? Jej zdrowiem, jej rodziną, jej przyszłością, jej dorobkiem i karierą? Co z jej życiem?

Nie, moi drodzy obrońcy i obrończynie patriarchatu. W dupie mamy zalety Waszych gwałcicieli. Chcemy bezpieczeństwa i szacunku. Chcemy żyć w miejscu, gdzie sprawca przemocy ponosi konsekwencje a od ofiary nie oczekuje się udowadniania, że na pewno jest „wystarczająco dobrą ofiarą, żeby skazać gwałciciela”. Chcemy kraju, w którym osoba publicznie przyznająca się  do seksu z dzieckiem i na której ciąży kilkanaście innych zarzutów związanych z przemocą seksualną, zostaje wywalona z przestrzeni publicznej a nie jest broniona przez rektora swojej byłej szkoły.

W dupie mamy to, że Wasza szkoła już dawno przestała być synonimem sukcesów artystycznych i że ciągle kurczowo i desperacko trzymacie się przeszłości czerpiąc poczucie własnej wielkości z dawnych lat. Nikogo poza Wami nie obchodzi już to, że 50 lat temu Polański skakał sobie beztrosko po Waszych schodach.

Pan Grzegorzek jest wykształconym i nagradzanym reżyserem teatralnym, wydawałoby się więc, że wrażliwości i szacunku nie trzeba go uczyć. Sprawuje pieczę nad szkołą pełną młodych ludzi. Jego zdanie i opinie mają zatem realny wpływ na cudze życie. Dając przyzwolenie na przemoc i wymazując wszelkie „sporne” kwestie z dyskusji wyłącznie na podstawie dorobku artystycznego, daje jasno do zrozumienia, jakie stanowisko zajmuje w kwestii przemocy seksualnej. Wysyła jasny komunikat: „jeśli osiągniesz sławę i będziesz znany, możesz robić co ci się podoba bez względu na to ile osób zniszczysz po drodze – my staniemy za tobą murem, jeśli tylko wystarczająco zareklamujesz nas na świecie”. Osoba, której pracą jest dbanie o bezpieczeństwo innych powinna być osobą wyczuloną na temat przemocy. Osoba, która kocha swój kraj czy swoją byłą szkołę powinna umieć zmierzyć się z ciemnymi kartami historii tychże, zamiast przymykać na nie oko i udawać, że wszystko zawsze było pasmem zwycięstw i dobrych decyzji. To jest patriotyzm w wydaniu zakompleksionych narodowców udających przed sobą na wzajem, że jeśli wystarczająco mocno zamkną oczy, to Polska stanie się krajem samych szlachetnych bohaterów bez plam w życiorysie. A ta ignorancja i oszukiwanie siebie i innych doprowadzają właśnie do odrodzenia się faszyzmu. Do traktowania gwałcicieli przez pryzmat ich wcześniejszego życia i opinii wśród sąsiadów, a nie przestępstw, których się dopuścili. Do sytuacji, w której kościół, władza i społeczeństwo szczują na ofiary przemocy seksualnej doprowadzając je na skraj załamania, zamiast okazać troskę i wsparcie. Dlatego cieszę się, że jest tyle osób, które ciągle dbają o prawdę, wytykają błędy, przypominają o niewygodnych kartach historii i kultywują pamięć o ofiarach, a nie o wątpliwej jakości bohaterach.

Poniżej zamieszczam wybrane fragmenty z oświadczenia Mariusza Grzegorzka (wszystkie cytaty pochodzą z oświadczenia opublikowanego tutaj: https://www.facebook.com/filmschool.lodz/posts/3000932503250066):

„Próbuję zrozumieć wątpliwości związane z wizytą reżysera na Targowej, jednak nie do końca podzielam punkt widzenia wielu oburzonych. Roman Polański jest wielkim artystą sztuki filmowej, naszym najwybitniejszym absolwentem. Wielokrotnie dawał wyraz ogromnego szacunku wobec naszej uczelni. Jego dorobek i podkreślane przez reżysera konsekwentnie i wielokrotnie znaczenie Szkoły Filmowej w Łodzi w ukształtowaniu jego artystycznej drogi stały się niejako kamieniem węgielnym naszej pozycji na arenie międzynarodowej. Mamy wobec niego ogromny dług wdzięczności”

– czyli w wolnym tłumaczeniu: „gwałt gwałtem no ale mało nas te zarzuty obchodzą w zestawieniu z wybitnymi osiągnięciami reżysera oraz faktem, że promował i reklamował naszą szkołę, dzięki czemu nas znajo na świecie. Coś za coś. On promował, my wybielamy. A ofiary co niby zrobiły dla naszej szkoły,  kinematografii albo promocji Polski na arenie międzynarodowej? Nic, dlatego my też dla nich nic nie zrobimy”.

„Przypomnę także, że nasza szkoła nadała Romanowi Polańskiemu tytuł doktora honoris causa — najwyższy akademicki tytuł honorowy”

– rozumiem, że to rozwiewa wątpliwości dotyczące napaści seksualnych? Czy sprawia, że w związku z tym nie ma możliwości odwołania z nim spotkania?

„Przedstawione powyżej racje mogą prawdopodobnie nie stanowić dla wielu, skupionych na innym aspekcie problemu, wystarczających argumentów, dla mnie mają jednak ogromną moc oddziaływania. Te moralne, stawiane na przeciwważnej szali, budzą niepokój, ale też dezorientację. Ludzkie życie jest skomplikowanym, pulsującym zjawiskiem, które wymaga uważności i szacunku. My artyści powinniśmy to rozumieć szczególnie. Nie do nas należy wydawanie wyroków w sprawach tak niejednoznacznych i skomplikowanych jak zarzuty ciążące na Romanie Polańskim”

– Po pierwsze odwołanie spotkania przez wzgląd na wątpliwą moralność reżysera to nie wydanie wyroku. Wyroki wydaje sąd i o ile wiem w co najmniej jednej sprawie już ten wyrok zapadł, choć przed jego ostatecznym ogłoszeniem pan Polański uciekł z kraju.

– Po drugie, uwielbiam te zawoalowane pojęcia. Jakby owinięcie słowa „gwałt” w „inny aspekt problemu” magicznie niwelowało ciążące na Polańskim oskarżenia. Jakby unikanie słowa miało sprawić, że temat zniknie albo przestanie boleć. Chociaż wszyscy wiemy, że w takich tekstach chodzi o to, żeby wymazać z obrazu ofiarę.

„Drodzy studenci, wytyczamy własne drogi, podejmujemy własne decyzje. W pewnym sensie przeraża mnie ta nagła aktywność i epatowanie podnieconą, ciemną energią w obliczu atomizacji, anemizacji i twórczego kryzysu, które przerabiamy na co dzień”.

– ???

„Nie czuję, że mam jakiekolwiek prawo do moralnej oceny życia Romana Polańskiego. Na jakiej podstawie miałbym ją sobie wyrobić? Rozdygotanych doniesień medialnych, stanowiska amerykańskiego organu sprawiedliwości, własnych intuicji?”

– tak, myślę, że wyrabianie sobie opinii na podstawie wyroku organu sprawiedliwości, który zapadł po zawarciu ugody z samym Polańskim po tym jak SIĘ PRZYZNAŁ do zgwałcenia trzynastoletniej dziewczynki, byłoby spoko pomysłem.

No i oczywiście klasyczny ulubieniec na koniec, czyli: „Kto nie czuje się przekonany, może przecież nie przychodzić” – tyle właśnie wielkiego pana artystę, rektora wielkiej uczelni obchodzą ofiary przemocy seksualnej. Dziękuję do widzenia nie podoba się to nie przychodź jezu na chuj drążyć temat.

360 wyrazów, 2773 znaki. Znamienne, że ani razu nie padło słowo „przemoc”. Znamienne, że ani razu nie padło słowo „gwałt”. I że w całym przemówieniu ani słowa nie poświęcono ofiarom przemocy ze strony zaproszonego reżysera. Żadnej wzmianki o ich istnieniu, o ich życiu z tym co się wydarzyło. Nic. Nie ma. Jest tylko ON. Jak zwykle.

Samantha Geimer



[1] https://www.wprost.pl/prime-time/10170918/ostatnie-tango-w-paryzu-po-smierci-rezysera-dyskusja-ws-sceny-gwaltu-rozgorzala-na-nowo.html (dostęp: 28.11.2019 r.)

[2] https://quillette.com/2018/01/31/nobodys-victim-interview-samantha-geimer/ (dostęp: 28.11.2019 r.)

1 I like it
0 I don't like it

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *