mam ciało i co dalej

Mam ciało – i co dalej? Historia pewnego podcastu

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Mam ciało – i co dalej?

W końcu zdałam sobie sprawę z jego istnienia, jak dziwacznie by to nie brzmiało. Przecież nie pojawiło się nagle, miałam dużo czasu, żeby się z nim oswoić. Ale tak naprawdę nikt mnie do końca tego nie nauczył. 

Wiele rzeczy przypomina nam o sobie wtedy, kiedy może ich zabraknąć. W moim przypadku było podobnie, a rzeczony brak odnosił się do zdrowia. Na początku pojawiły się objawy psychosomatyczne: bóle w jamie brzusznej i wokół żeber, nagłe gorączki, chroniczne zmęczenie, odruch wymiotny na niemal każde jedzenie. Odmawiało współpracy. Nie chciało mi pozwolić cieszyć się z rzeczy, które do tej pory sprawiały przyjemność – tak jakby te przyjemności były skorupą, która odcinała mnie od świadomości tego, że coś jest mocno nie tak. Dawały chwilowe poczucie zaspokojenia i zadowolenia, wyciszały moją czujność.


Potem, z czasem, ostre objawy zaczęły się wyciszać, a ja straciłam z ciałem kontakt. I to był już stan permanentny. Próbowałam ćwiczyć jogę, ale przypominała mi tylko o mojej niezgrabności. Próbowałam siłowni, ale wstydziłam się, że ktoś będzie patrzył. Próbowałam rekompensować sobie to szukając ubrań, w których moje ciało będzie wyglądać najlepiej jak się da – udało się, ale to był tylko dobry starter, nie sprawdzał się na dłuższą metę. 

W 2019 roku do układanki doszedł jeszcze jeden element: w moim cycku pojawił się guzek i musiał zostać poddany obserwacji. Dość późno zorientowałam się, że tak, jest prawdopodobieństwo, że to zmiana nowotworowa. Nawet wtedy nie wpadłam w panikę. Może na chwilę, w konwersacji z koleżankami – ale funkcjonowałam normalnie, pracowałam, spotykałam się z ludźmi, występowałam, pizgałam tyle projektów co wcześniej.


Ból i strach ulokowały się gdzie indziej: zaczęłam reagować atakami paniki na wszelkie odstępstwa od normy, którą sobie wcześniej zakodowałam. Nie wiem czy wiecie jak taki atak wygląda. Zdaje się, że dla każdego wygląda to trochę inaczej. Mi zawęża się wizja, jakby czernieje po bokach, winietuje. Zaczyna dominować przekonanie, że stanie się coś strasznego, coś czego na pewno nie dźwignę; często myślę, że jeśli tak się stanie, to już nigdy nie będzie tak jak wcześniej – oszaleję albo wszyscy się ode mnie odwrócą, zostanę sama i będę się czuła tak jak teraz cały czas. To straszne, kiedy chciało się poważnie myśleć o występach przed publicznością, bo, niestety, zdażyły mi się sytuacje, w których w ostatniej chwili musiałam zrezygnować. Chłopak słyszał “zabierz mnie stąd” i żadne przekonania nie przekonywały. Ludzie widzący mnie zalaną łzami i wieszającą się na jego ramieniu podejrzewali pewnie, że ktoś umarł albo stało się coś równie strasznego. Ta myśl dołowała mnie jeszcze bardziej: bo przecież to tylko reakcja na nieistniejące zagrożenie, sama ją upichciłam i spreparowałam, to nie jest realne, więc słusznie czuję wstyd. 

Ale to było realne. Te wszystkie bóle, niedogodności, osłabienie; moje obawy związane z guzem w piersi (na szczęście biopsja wykazała, że nie jest złośliwy). Ten rollecoaster pokazał mi, jak wiele reakcji swojego ciała jeszcze nie znałam i jak mocno powiązane jest ono z moją głową, którą przecież cenię najbardziej, od zawsze. Tyle życia poświęciłam właśnie na nią, na docieranie do języka, którym najlepiej skomunikuję się z otoczeniem; szukanie metafor, które najsprawniej oddadzą nieprzekazywalne językiem obrazy generowane przez mój mózg. Gimnastyka i higiena umysłu zawsze była najistotniejsza, a po drodze zapomniałam albo świadomie wyparłam fakt, że ta głowa i ten mózg to przecież też ciało i bez niego daleko nie ujadę. 

Wiem, że moje olśnienie nie jest niczym nadzwyczajnym. Żyję w czasach, które mocno temu sprzyjają. Coraz popularniejsze stało się kompleksowe dbanie o własną sprawność: wysiłek fizyczny, nawadnianie, zdrowe odżywianie, alternatywne pozycje do pracy, alternatywne opcje ubioru, powrót do naturalnego wyglądu, techniki odpoczynku sensorycznego, namysł nad nadmierną eksploatacją ciała przez pracę i inne zobowiązania. Self care, community care, body positivity, body conscious. Dużo mocnych, ważnych haseł i spraw, które wiele osób podnosi.
Dlatego nie będę próbować wymyślać koła na nowo. Chciałabym podzielić się tym, jak na ciało patrzy osoba z wykształceniem kulturoznawczym, doświadczeniem aktywistycznym, poglądami feministycznymi i w procesie budowania relacji z własnym kawałem mięcha. 

Pierwsza rzecz, która mnie do tego skłoniła, to terapia, na którą trafiłam. Zupełnie przypadkiem została polecona mi terapeutka, która pracuje w nurcie analizy bioenergetycznej Lowena. Początkowo byłam sceptyczna: sama nazwa uruchamia we mnie ostre skojarzenia z ezograżynizmem. Stwierdziłam jednak, że dopuszczę do głosu to, co wielokrotnie pozwoliło mi spróbować nowych rzeczy i przekonać się (choćby na chwilę) do czynności względem których początkowo miałam opór. Osobom cynicznym z natury przychodzi to dość trudno, ale po raz kolejny okazało się, że było warto. 

Moja terapia w małym stopniu oparta jest o rozmowę. Owszem, rozmowa się pojawia, ale często na przykład w trakcie ćwiczeń, które wykonujemy. Przychodząc do gabinetu byłam mocno przekonana o tym, że dzięki różnym eksperymentom z substancjami dużo się już dowiedziałam o swoich reakcjach, możliwościach i potrzebach w zakresie ciała, ale Lowen mocno mnie zaskoczył.

Poznałam bloki/zamrożenia w swoim ciele, z których nie zdawałam sobie sprawy, a które dawały mi o sobie znać bezustannie. Wspomniane wcześniej bóle, reakcje hardkorową potliwością, przykurcze twarzy (z jednych wakacji mam tylko zdjęcia ze zmarszczonym czołem). Nawet szczękę zaczęłam zaciskać tak, że starłam sobie tylne zęby.


Zdziwiło mnie to, że zaczniemy właśnie od tych blokad w ciele. Nie będziemy szukać zagrzebanych w podświadomości wspomnień. Może nie wprost – one z biegiem czasu zaczęły, rzecz jasna, do mnie wracać, ale właśnie przez skupienie na ciele. 

To jest temat szeroki i głęboki, i pewnie jeszcze wielokrotnie do niego wrócę, najchętniej w momencie, w którym bardziej usystematyzuję swoją wiedzę na temat nurtu, którego póki co chętnie jestem uczestniczką (w końcu robię coś w czym po prostu uczestniczę, a nie wpadam w obsesję wiedzenia na ten temat wszystkiego). 

Kolejna rzecz, która ma ogromny wpływ na moje zainteresowanie tym tematem, to obszar mojej działalności aktywistycznej. Obecnie działam głównie w obszarze zdrowia reprodukcyjnego, do którego zaliczyć możemy między innymi temat aborcji, antykoncepcji, menstruacji, zdrowia seksualnego, położnictwa, wykluczenia reprodukcyjnego i wielu wielu innych aspektów, o których pewnie nie mam pojęcia. Ten temat wyłonił się dla mnie z dużo bardziej obszernego zbioru, którym jest feminizm. Jestem zachwycona pracą, którą wykonują w tym temacie moje starsze i młodsze koleżanki. Powolutku poznaję środowisko osób zajmujących się prawami reprodukcyjnymi w Polsce i o, kochane, jeszcze wiele peanów pochwalnych na Waszą cześć zapieję! 

Cieszę się, że znalazłam w tej (ogromnej) niszy kąt dla siebie. Jeżeli miałabym wskazać jedno zdanie, które przyświeca mi od dawna, to byłoby to “prywatne jest polityczne” – czy tego chcemy czy nie. Od nas zależy jak ta polityczność zostanie ukierunkowana: czy weźmiemy sprawy we własne ręce i będziemy wiedzieć, decydować, wspierać inne osoby i budować społeczeństwo oparte na samoświadomości, czy damy się zastraszyć i nastawić przeciwko sobie. A o tym od zawsze jest walka o zniewolenie ciał: o sprawowaniu kontroli. Myślę, że mocno uświadomiła nam to książka Margaret Atwood, ale tych wątków odbierania osobom sprawczości w kwestii własnego ciała, jest dużo więcej niż tylko w kontekście dzietności. I o to się rozbijają te wojenki na tle płci od wieków. 

Ostatnia jest zupełnie prozaiczna. Ciało daje mi możliwości funkcjonowania przyjemnie. W dzisiejszych czasach zapominamy o tym aspekcie życia, chociaż mogłoby się zdawać, że żyjemy w świecie wypełnionym nieporównywalnie wielką ilością zasobów dającym taką możliwość. W przyjemności, o której chciałabym mówić, chodzi o skupieniu na czynności tu i teraz. Fascynują mnie więc rozmowy o jedzeniu: smakach, zapachach, fakturach, kolorach, przygotowaniach, rytuałach, odkryciach, różnorodności, połączeniach, zmianach odczuć. Gadam o tym bezustannie, wiele znajomości nawiązuję właśnie przez wspólną fascynację żarciem. Zaczęło się chyba od pracy w gastro, od zwracania uwagi na to kto gotuje, co zmienia, jak ulepsza, z jakich sładników, o jakich porach i w jakiej atmosferze to jedzenie jest serwowane. Teraz zaczynam wkraczać w moment życia, kiedy to moi znajomi otwierają własne biznesy gastronomiczne i możliwość siedzenia przy ich barze daje mi dużo radości. Przyjemności właśnie. 

Kolejna przyjemność to odpoczynek. Uczenie się nie robienia nic albo prawie nic. Nauka powrotu do jednozadaniowości. Nauka robienia sobie przerw, regeneracji, oddychania, obserwowania. Wiele osób z mojego kręgu jest absolutnie wyeksploatowana – w wieku 20-30 lat!!! Zapomnieliśmy czym jest odpoczynek. Na tych, którzy dalej pamiętają, patrzymy z zawiścią i wyrzutem: przecież ja zapierdalam, czemu ona nie zapierdala ze mną i nie oddaje słuszności mojemu podejściu?!

Trzecia przyjemność to seks. Od zawsze to jest mój ulubiony temat rozmów: lubię moment, w którym odsłaniam się przed innymi, a ci inni często robią to samo. Nadal za mało otwarcie rozmawiamy o seksie. Za mało serwujemy sobie wypieków na twarzy. Za często zapominamy, że nie trzeba go uprawiać (co to jest za koszmarne słowo), żeby doświadczać związanej z nim przyjemności. 

Ja miałam szczęście szybko trafić w środowisko queerowe, które od zawsze seks stawia wysoko w hierarchii potrzeb i wartości. My, queery, przez pryzmat seksu często zaczynamy czytać własną tożsamość. Potem do seksu przyklejają się kolejne aspekty. Jestem daleka od uważania, że nasza orientacja seksualna czy tożsamość płciowa dotyczy tylko zainteresowań seksualnych. Ale często od seksu, braku seksu, chęci seksu, strachu przez seksem i traumy z nim związanej się zaczyna. Prove me wrong

Jak zwykle czuję, że powiedziałam jednocześnie za dużo i za mało. Jeśli czujesz, że któryś z tych tematów szczególnie dotknął twoich zainteresowań, jeśli się z czymś nie zgadzasz, jeśli w którejś z tych dziedzin jesteś ekspertką i chcesz o niej porozmawiać – napisz.
I do usłyszenia w kolejnym odcinku.  

MAM CIAŁO – i co dalej?
Sprawdź też!

Dodaj komentarz