Alberdo 0,98

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

– Trójka okej, czwórka okej, piątka wypełnienie…

Raportowała doktor Martyna. Pochylała się przy tym coraz głebiej, otaczając mnie chmurą cielistej kwaskowej woni. Wlewała się ciepłym tłuszczykiem w zgięcie łokcia i powoli, stopniowo, otulała mnie całego jak zmysłowa ameba. Trochę aż spękałem, poprawiłem się w fotelu, ale zaraz osunąłem z powrotem. Niech mnie pochłonie i nawet strawi, jeśli ma ochotę.

Wprawnie operowała narzędziami tortur. Dźwięk wiertareczki wchodzącej na najwyższe tony przywodził na myśl gitarową solówkę. Odsysacz trzymałem sobie sam, eliminując nadmiar wilgoci, jaką wydzielałem przy bliskim kontakcie z moją słodką oprawczynią. Co i rusz pytała, czy boli pana, czy nie boli, a ja tylko unosiłem kciuk.

Wszystkim zarządzały te jej czerwone paznokietki. Gdy takie paznokcie wieńczą palce osoby, którą mam za atrakcyjną, natychmiast wyobrażam sobie jej dłoń zaciśniętą na mojej pale.

Otoczyła mnie białym, piegowatym ciałem, zawisła nade mną, założyła obręcz na ząb, wypełniła, światełkiem utwardziła, a potem wyrzuciła z ciepłych objęć w zimny świat.

Stanąłem w wyjściu, tyłem do gabinetu i pomyślałem – stary, tracisz to, właśnie to tracisz.

Odwróciłem się więc i pytam:

– Herbata?

*

Niespełna miesiąc później stoję pod drzwiami jej mieszkania na strzeżonym osiedlu z ekskluzywnym winem za 34 złote i pudełeczkiem spring rollsów w płóciennej siateczce. Spring rollsy są daniem idealnym na takie okazje, poradziła mi przyjaciółka. Lekostrawne, niebanalne, ale wciąż bezpretensjonalne.

– Cześć – przytulam panią doktor.

Jest pokaźną farbowaną brunetką z prostą grzywką. Ma na sobie czarną kieckę, która jak czarna dziura chłonie wszelkie światło, najmniejszy refleks na drobinie kurzu. Z widoczną przyjemnością eksponuje odsłonięte białe piegowate ramiona i plecy. Odwraca się i zawija tym wspaniałym dużym dupskiem, niemal mnie nokautując. Wchodzę za nią do pachnącego jeszcze farbami mieszkania.

Siadamy przy stole w poprzeprowadzkowym bałaganie. Jemy spring rollsy plus jej zapiekankę warzywną. Gada się świetnie jak zwykle. Wreszcie zalega cisza i ona się wtedy nade mną pochyla, brak stanika stwierdzam, co przysparza mi nieco religijnych myśli, i mówi:

– Słuchaj, mam już dość zadawania bólu – i patrzy, i czeka.

– To prawda. Nazbierało się – odpowiadam obrażony.

– Przepraszam – pochyla głowę i spogląda na mnie pokornie – Wolałabym ostrzej, okej? Moje słówko bezpieczeństwa amalgamat, tak?

Przytakuję powoli. Zaraz też wpadnę w czarną dziurę, którą mam przed twarzą, chyba że uratuje mnie pole grawitacyjne jej jasnego ciała.

– Co mam dla pana zrobić? – pyta.

Stoi nade mną, jeszcze za barierą fantastycznych perfum. Jeszcze nie czuję jej prawdziwego zapachu.

– Uklęknij – mówię.

Jeszcze nie jestem mocny, potrzebuję paru chwil, żeby się przekonać. Zazwyczaj do takich spektakli szykuję się wcześniej. Obmyślam scenariusze. Staram się obudzić w sobie skurwiela. Teraz jest tak piękna, że chcę jej to dać natychmiast.

– Natychmiast – mówię, i już wiem, że będzie okej. – Znajdź go – dodaję.

Niucha i natychmiast rozpina rozporek. Mój kutas jest już rosły i sprężysty. Ten widok mnie ośmiela.

– Nie cackaj się się z nim – mówię.

Nie cacka się. Bierze go głęboko, obejmuje palcami u podstawy. Jej paznokcie nadal mają ten wyśmienity kolor.

– Weź najgłębiej jak potrafisz i przytrzymaj.

Mam wrażenie, że nie musiałem jej tego mówić. Mogę mówić, czego chcę, ale ona i tak zrobi to, na co ma ochotę. A jednak, jeśli nie powiem:

– Nie krępuj się – mogłaby przestać.

Robi to mocno, aż odlatuję. Boli, ale przyjemnie.

– Trzy, dwa, jeden – odliczam.

W końcu wypluwa go i łapie powietrze, jakby wynurzyła głowę spod wody, wyraźnie rozbawiona, przeszczęśliwa.

– Wstawaj – mówię i wpijam się w jej usta.

Ześlizguję się na jej szyję i czuję gorzkawy posmak toników i perfum. Wiem, że wkrótce ustąpi prawdziwemu smakowi skóry. Zbieram kieckę od dołu i zdejmuję, by dojrzeć, co kryje się w czarnej dziurze. Świetlista galaktyka. Stoi przede mną jasna w świetle świec i sodowych lamp na zewnątrz, promieniuje ciepłem.  Piękne cycki z wielkimi mandarynkowymi sutkami. Rozczulający brzuszek, ale nie wzruszam się, bo biorę jej spore poślady w dłonie i już mam ręce pełne roboty.

– Odwróć się.

– Okej – mówi.

– Okej? – pytam – Zapomniałaś o czymś.

– Tak jest, proszę pana.

Klepię ją w tyłek na znak aprobaty. Klaps wybrzmiewa ostro, rozkoszna fala niesie się po jej ciele.

– Spierdalaj do siebie, gwiazdeczko – mówię.

Posłusznie oddala się w stronę sypialni.

– Czekaj na mnie z wypiętą dupą!

Wypijam duszkiem wino z kieliszka. Wyskakuję ze spodni i po drodze rozpinam koszulę. Skanuję swój brzuch, ale puszczam z dymem kompleksy. Oboje jesteśmy piękni. Gdybym chciał, mógłbym tam teraz polecieć, ale idę.

*

Czeka na mnie w zagraconej sypialni, przy mikrym światełku. Jej wspaniałe dupsko okryte powłoczką cellulitu jest jak planeta, na której ląduję. Wspaniały widok. Daję nura między jej gorące poślady, żeby dolizać się pizdy. Jest tam. Wyborna. Rozchylam płatki ciekawskim ozorem. Tam jest jej prawdziwy smak, kwaskowy smak dobrze wylizanej pizdy. Z tyłka jedzie jej tą najgłębszą nutą świetnych perfum, które zawsze mają w sobie coś z sekretnej fizjologii. Twarz mam mokrą, a ona zajęła już całe niebo nade mną, kiedy przypominam sobie, że miałem być złym chłopakiem. Wynurzam się stamtąd i mówię:

– Na plecy natychmiast.

– Przepraszam – szepcze.

– To nie wystarczy.

– Przepraszam pana – mówi.

Spod poduszki wyciąga zwój liny i podaje mi go.

– Smutne minki nie pomogą – stwierdzam.

Z rzeczową miną przywiązuję jej przedramiona do kostek. Leży przede mną z zadartymi nogami, zupełnie bezbronna.

Jej pizda jest jak górski widoczek. Pochylam się nad nim niczym  jakieś wielkie bóstwo i chłepczę z wodopoju, aż doktor Martyna zaczyna jęczeć. Opiera się na stopach i wypręża z wciąż uwięzionymi nadgarstkami. Napiera na mnie, rozmazując mi się po całej twarzy. Żeby się tylko nie wymydliła, aż zostanie z niej cieniutki płatek. W końcu czuję, jak przez jej uda przebiegają dreszcze. Opada na łóżko.

Miało być niby jakoś ostro, a to ja jej służę. Pan jest niezadowolony i groźny. Kładę się na łóżku obok niej, przeciągam, gapię w sufit. Ona dyszy. Czuję jej spojrzenie. Przechylam głowę i też patrzę w jej przeszklone, rozanielone oczęta.

– Myślisz, że to koniec? – mówię – Zdrętwiałaś? – patrzę na węzły wokół nadgarstków i kostek.

– Trochę.

– Ojej, księżniczka zdrętwiała! A jeszcze tyle pracy przed nią. – mówię i hop, chwytam ją pod kolanem i okrakiem usadzam na swoim podbrzuszu. – Jesteś mokra, zrób coś z tym. Pan ma ochotę patrzeć na twoje zwisające cycki.

Dostaje w bok pośladka ze sztywnej dłoni. Kuca, gramoli się, szuka pozycji. Uff, uff. Włosy zakrywają jej pół twarzy. Wydyma usteczka i wypuszcza powietrze. Łydki drżą. Dostaje z drugiej strony.

Sam się poprawiam, półleżę sobie. I znów zapędzam ją do posługi klapsem.

– Proszę o pomoc – mówi. – Proszę go wsunąć.

– Nie doceniasz jego inteligencji. Mówiłaś coś o inteligentnym facecie, z tego co pamiętam… – mówię.

I pozwalam, by mój inteligentny penis znalazł ją sam, kiedy jeszcze się trochę poprawiam, ale przecież nie jest to trudne, bo doktor Martyna niemal wciąga mnie w siebie. Siada i unosi się, siada i unosi się znów, wydyma usteczka, wydmuchuje powietrze, włosy kleją się do spoconych ramion. W końcu łapie rytm. Bezgranicznie jara mnie ten jej mały dyskomfort. Uśmiecha się, ale zaraz robi się znowu taka przejęta. Jest piękna, kiedy mieni się na zmianę tym rozbawieniem i powagą, która ją nachodzi przy mocniejszych sztosach, bo i ja przecież nie próżnuję.

Spadają na mnie gorące wodospady.

*

Później robiliśmy wiele innych rzeczy, bardziej wyrafinowanych, odgrywaliśmy lepiej przemyślane spektakle. Bliższa zażyłość pozwoliła nam eksplorować niuanse bólu. A jednak zapamiętałem ją właśnie taką. Wspaniała, duża, silna kobieta jebie mnie całą masą swojej pneumatycznej miednicy, spętana i posłuszna, podczas gdy siedzę sobie z rękami pod głową jak król tej części wszechświata i wyzbywam się resztek strachu przez zabiegami dentystycznymi. Jej cycki bujają przed moją twarzą, mają własny, osobny zapach. Ich albedo wynosi 0,98.  Mój kutas mierzy w samo centrum galaktyki, cudem wydobytej z czarnej dziury. Tym właśnie była, świetlistą galaktyką wirującą wokół mojej pękatej żołędzi. To był zaszczyt ­ zrosić nasieniem zawirowania jej atomów, poznawać wspólnie tajemne zagadnienia kosmologii.

Sprawdź też!

Dodaj komentarz