„Rocco”, czyli piekło

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

O czym piszę? Jest na Netfliksie film tyleż zachwycający, co przerażający.

„Rocco”.

Rocco Siffredi jest tym dla branży porno, czym dla branży muzycznej jest Dr. Dre, którego historię również możemy poznać za sprawą największego na świecie serwisu VOD.

Na marginesie polecam film „The Defiant Ones”. Wróćmy do Rocco. Kim jest?

Gigantem. Dosłownie i w przenośni.

Penis Rocco mierzy 24 cm we wzwodzie. Do tego może być używany wszędzie, w każdych warunkach. Rocco – jak sam opowiada – w celu, demonicznej (są w filmie akcenty duchowe: chociażby sama, porażająca, scena otwierająca obraz), eksploracji seksualności, pod każdej jej postacią, uprawiał seks z prostytutkami, transwestytami, kobietami w podeszłym wieku.

Rocco może – z przeproszeniem – wyruchać wszystkich i wszystko. Jest to zarówno jego błogosławieństwo, jak i przekleństwo.

Błogosławieństwo, które dało mu sławę, pieniądze, dobre, pełne zmysłowych przyjemności życie.

I przekleństwo, które zabrało go na skraj szaleństwa; stanów psychicznych, których nie możemy jednej z największych gwiazd porno wszechczasów zazdrościć.

Wszak działalność Rocco, choć legalna, przez niego samego wciąż traktowana jest jako coś nie do końca dobrego. Rocco zdaje się męczyć. Przez całe życie. Symbolicznym odzwierciedleniem tej męki ma być ostatnia jego realizacja, na planie której pojawia się dźwigany przezeń krzyż.

W końcu Rocco jest Włochem, a więc wychowankiem silnie katolickiej kultury, dla której seks musi być owocem zakazanym. Narzędziem prokreacji! Broń Boże źródłem przyjemności!

Czy cierpienie Rocco jest źródłem włoskiej kultury? A może wykwitem jego obsesyjnego uzależnienia od seksu?

„To środowisko tonie w narkotykach. Sam nigdy z nich nie korzystałem, nie piję też alkoholu. Moim jedynym problemem, zresztą wystarczająco dużym, jest seks” – mówi w wywiadzie dla „Logo24”.

Słowa niebywałe. Obsesja na punkcie obiektu swojej pracy niszczy życia wielu artystom. Tutaj mamy jednak do czynienia z branżą szczególną. Mocno tabuizowaną. (Jej omówienia teoretyczne czy filmy w typie „Rocco” to swoista nowość.) A ludzie w niej pracujący muszą mieć coś ekshibicjonistów i nimfomanów. Albo nimi po prostu są.

Zadziwiające, że Rocco, przy ogromie swojego problemu, potrafił znaleźć kochającą żonę i wychować dwójkę synów. Do tego – jako bohater-fenomen – dał nam ciekawy, godny uwagi dokument o sobie, swojej drodze, swojej obsesji, swoim problemie, swoim przekleństwie, swojej psychofizycznej anomalii. Obraz przeszyty dziwnym napięciem, niewysłowionym, acz umuzycznionym smutkiem.

Bo ważna w tym filmie muzyka, zwłaszcza ta ilustrująca sceny seksu, zaprzęgane w ramy kolejnych realizacji pornograficznych, ani tego seksu nie uwzniośla, ani go nie deprecjonuje. Zdaje się go ona pokazywać jako mękę właśnie. Dramatyczną, podkreślającą tragizm egzystencji, w której ciężko gdziekolwiek znaleźć pocieszenie pasję.

Tak. Pasję rozumianą w dwójnasób.

Dla fanów Rocco, że się tak wyrażę: pozycja obowiązkowa. Dla wszystkich innych na pewno rzecz bardzo dobra, jednocześnie niełatwa. Pozostająca na długo w głowie.

Sprawdź też!

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz