Melasa

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Kiedy nocą Ola zasunęła zamek namiotu i położyła się obok, w naszych ciałach wciąż jeszcze grzmiał bit, który ładowaliśmy do żył przez całą noc. Krew była już rozpędzona i nie mogła się zatrzymać. Nie schłodził jej nawet letni prysznic. Na zewnątrz trwała ta niewyraźna niebieska godzina, kiedy wszystko zdaje się tonąć pod wodą.

Teraz tylko leżeliśmy i oddychaliśmy, a nasze serca uderzały w ciała od wewnątrz, tak jak wcześniej z zewnątrz masowało nas powietrze tłoczone przez membrany głośników. Wszystko, co dostaliśmy tego dnia, światło, energia, śmiech, ruch, ciepło, wszystko musiało rozejść się po mięśniach. Byłem zmęczony, ale zbyt podekscytowany, by zasnąć. Zamknąłem oczy, w głowie zalęgły się te wizuale, kruche konstelacje blasku, synestetyczna laserowa architektura. Ola położyła głowę na mojej piersi i powoli łapała rytm. Bez pośpiechu ocierała się o mnie brzuchem, słuchując szmeru krwi.

– Cipka mi skwierczy – szepnęła.

Zaśmiałem się.

– Cichutko – położyła mi palec na wargach.

Poruszała się jak tam, pod sceną, kiedy powoli wchodziła w bit, najpierw bez pośpiechu podrygując, bujając umięśnioną dupą przysłoniętą czerwoną sukienką. Po chwili była już rozpędzona, czasem tylko mnie tryknęła, ukłuła palcem albo szczypnęła na znak, że jesteśmy razem. Tak właśnie się komunikowała. Kłując, szczypiąc i kąsając. Sprężysta, drobna brunetka, ta z najbardziej nasyconych gęstym i lepkim żywiołem melasy, który bił z jej skóry, w którym chciałem utonąć. Szybka w słowie i ruchach. Jeszcze trochę dziewczęca, ale nie infantylna. Lubiła się czepiać i drażnić. Sprawdzała, na ile może sobie pozwolić, bezwględnie prowokowała, by zaraz zaskoczyć czułą sztuczką. Uwielbiałem jej arogancję, psoty i cięty języczek równie ostry jak kości policzkowe.

Łapałem wiekopomne kadry. Jak ten, gdy odpoczywaliśmy na sponsorskich leżakach. Włożyła do ust koniuszek słomki i spojrzała na mnie roześmianymi, przytomnymi oczami. Niskie popołudniowe słońce nadało barwom równowagę instagramowego marzenia. Meszek na jej szyi rozsrebrzył się na mgnienie oka.

– Mmm, smakuje – puściła do mnie oko.

Jak ten, kiedy leżałem na słońcu i pozwalałem mu boleć w twarz. Myślałem o niej, że jest siostrą słońca, należy do tego plemienia dziewczyn, którym światło jest jej przychylniejsze. Uchyliłem powieki, by spojrzeć w plamę fioletowego cienia, gdzie odpoczywała. Chciałem znaleźć dowody na jej pakt ze światłem. Rozwiązany trampek, połyskujący piszczel, na którym już widać kiełkujące mocne włoski. Siniak i mały strupek. Silne uda. Wiedziałem, że jeśli będzie chciała, nie wyrwę spomiędzy nich dłoni.

Obok stała otwarta butelka piwa. Przypomniała sobie o niej albo poczuła, jak moje zgubione spojrzenie trzepocze w poszukiwaniu czarnej cipki w kolejnych warstwach cienia pod jej ażurową sukienką. Sięgnęła po butelkę i powoli, opuszkami palców, zebrała z niej krople. Zaprezentowała mi je z ironicznym grymasem satysfakcji. Kciuk przesunął się po palcu serdecznym, środkowym, wskazującym, błysnęlo po oczach. Gdy odzyskałem wzrok, uśmiechnęła się. Uważnie obserwowałem jak rozklejają się jej zaschnięte wargi, milimetr po milimetrze, jeszcze milimetr.

Wystarcza jeden akord pianina puszczony wśród połamanych bitów na basowej pętli, żeby serce skurczyło się i posłało całą krew do mózgu.

Wiedziała o tym. Nie wiadomo kiedy zdołała zsunąć majtki i nagle jęknęła – raz, mocno – i ześlizgnęła się cipką po moim udzie.
Wsiadła na mnie z gracją. Zmiany pozycji – jak zmiany tracka – są niezręczne. Gubi się rytm. Przez chwilę ludzie nie wiedzą, co tańczyć. Ona wiedziała zawsze. Otarła się parę razy i nie wiadomo kiedy założyła mi gumkę, a potem rozsiadła się komfortowo i poruszała, jakby chciała wytrącić z orbity kulę ziemską. Ale to było tylko budowanie bazy pod resztę numeru, podstawowy puls, szmery, oddech, daleka ambientowa gradacja, zaraz dodała kolejne warstwy. Ostrzejsze drażnienie zmysłów. Jej czarna cipka była bardzo precyzyjna i zdyscyplinowana. Mimo gumki doskonale czułem, gdy zwalniała, by z przyjemnością prześlizgnąć się po dolnej krawędzi mojej głowicy. Przestępowała ten próg i cofała się natychmiast, i znów wracała. Taki sobie robiła na mnie deep house.

– Ćśśś – powtarzała, a w naszych głowach hulał już nieodkryty balearyczny klasyk.

Żeby tylko nie stracić kontroli, myślałem.
Ale przecież chciałem ją stracić i straciłem.
Zaczęła się miłość. Weszła za mocno. Byłem zachwycony. Umysł zachwycony nie jest zdolny do działania. Jesteś bierny – usłyszałem potem parę razy – i tak dalej, fabularność, ale nie jakaś nietypowa. Miłość się skończyła.

Jak ten, kiedy schodzi opustoszałą plażą w stronę wody, w której skrzą się skrawki słońca, jakby je ktoś oskrobał nożem, żeby potem znowu rzucić na nocne niebo. Jej podświetlona, czarna sylwetka powoli topnieje w surówce ze słońca, zanurza się coraz głębiej, krok po kroku. Z drugiego brzegu jeziora dobiega muzyka. Tutaj brzmi jak wytrawny, otulony filtrami i efektami puls na granicy kontrolowanego rozpadu. Fala dźwiękowa bije o taflę jeziora, o niebo, marszczy się o korę drzew i liście, wypada ze słyszalnych rejestrów, ginie w świecie. Tak właśnie rozpada się miłość ­- wiem, że to już się zaczęło, choć nadal lubimy się pieprzyć. Wiem już, że Ola zawsze będzie tak schodzić, gdy moja pamięć będzie odtwarzać sekwencje blasków, za każdym razem nieco zmieniając parametry, wzbudzając kolejne faktury, aż po ostateczny tryumf białego szumu.

I tak, będzie tak schodzić, choć oczywiście wyszła i wróciła do mnie pod niebem, które nagle przełamało się w purpurę. Położyła się obok, zamknęła oczy i uśmiechnęła po kociemu. Oddychała równo i głęboko.
Patrzyłem, jak woda odparowuje z jej rozgrzanej skóry, w purpurowym blasku tworzą się i rosną szybko matowe plamy. Patrzyłem w kolor jej skóry, jak patrzy się w dal.

Zsunęła dłoń po udzie, najkrótszą drogą do cipki, sięgnęła pod majtki i poprawiała je sobie o wiele za długo. Położyła dłoń na brzuchu, a na koniuszkach jej wilgotnych palców wybuchła supernowa.
Gdy odzyskałem wzrok, powiedziała z wciąż zamkniętymi oczami:

– Majtki mi się podwinęły. Chyba sobie sama z tym nie poradzę, gnojku.

Sprawdź też!

Dodaj komentarz