Cierp ciało skoroś chciało. O ruchaniu po rozmnażaniu

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Lubię słowo „ruchanie”, od zawsze, nie wiem dlaczego, kojarzy mi się z gołębiami. Nienawidzę gołębi.

Był taki tydzień, kiedy strasznie chciało mi się pić wódkę i uprawiać seks, potem zrobiłam test ciążowy i do dziś nie piję wódki ani nie uprawiam seksu.

NIE MA MOWY

 Długie lata zabijałam w sobie płodność z premedytacją. Z egoizmu, z obojętności dla życia poczętego, ceniłam sobie swoje życie rozpoczęte, a prokreacja w moim pojęciu zwiastowała jego koniec. Bałam się wojny, nie widziałam sensu w sprowadzaniu na świat kogoś, kto najprawdopodobniej będzie bardzo cierpiał, może nie przeze mnie, ale przez świat niegodziwy, brudny, pełen agresji. Cały czas myślałam też o tym, że dwa moje koty zginęły śmiercią tragiczną, praktycznie na moich oczach. W mojej głowie mnożyły się projekcje pół dziecka pół kota, wypadającego z 8 piętra na beton. Brałam te tabletki, zabijając jednocześnie swoje libido i tracąc kontrolę nad emocjami. Byłam w stałym związku. Czasami opuszczał mnie strach i myślałam sobie o tym, jak by to było w końcu nie skupiać się na tym, żeby mieć nie COŚ a KOGOŚ. No krew z krwi. To nie był instynkt macierzyński, a znowu jakiś strach, przed samotnością? Odstawiłam antykoncepcje. Tak sobie wymyśliłam, że przez te zabójcze pigułki najprawdopodobniej tak bardzo zatrułam swój organizm i wystraszyłam macice, że łatwo chleb z tego pieca nie wyjdzie. Wyszedł, bardzo łatwo, lekko przypieczony chrupiący, przepyszny. Ale piec się popsuł, wypalił, zmizerniał.

MATKO ŚWIĘTA

Przez pierwsze chwile czułam się jak Maryjka w błękitnym weloniku, przemierzająca pustynię na osiołku z uśmiechem na twarzy i Jezuskiem w brzuszku. Większość informacji o stanie błogosławionym czerpałam z  internetów i ustnych przekazów starych ludzi. Uderzyło mnie absolutne uświęcanie i uwznioślenie tego „pięknego” stanu, a potem macierzyństwa. Tysiące matek spuszczających się na forach,  jak to jest cudownie, że brzuszek, że fasolka, że ciepełko, że dopiero teraz poczuły się kobietami. Szkoda tylko że żadna z nich nie wspomina, że o spuszczanie się w sensie dosłownym wcale nie będzie już tak łatwo, że seks ze spontanicznej przyjemności przerodzi się w praktycznie niemożliwą do wykonania karkołomną misję, w rutynowe badanie wilgotności pochwy znudzonym penisem, w szperanie po omacku w szafie pełnej płodów, w narkoleptyczne ruchanie trupa, w desperackie szukanie chwili samotności i histeryczne próby rozpalenia namiętności w ciele, które nagle wydaje się być kompletnie obce. Czułam się zobligowana do świętości i dzikiej radości, mimo paraliżującego strachu i paniki. Rzeczywiście byłam przy nadziei, przy nadziei, że to się wreszcie kurwa skończy!!! 

BLASKI I CIENIE

         Miałam cycki, pierwszy raz w życiu. Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej (bo później już nie) biegłam z taką radością do H&Mu. Miseczka C niewiarygodne! Stałam przed lustrem i kochałam swoje ciało. Chciałam tymi cyckami walić po twarzy ojca mojego nienarodzonego dziecka, wsadzić między nie jego życiodajnego penisa. Pełna entuzjazmu, w pięknej czerwonej miseczce C, bez gaci czekałam w wyrze aż stary wróci z roboty. Zaczęły boleć. Przy każdym kurwa dotyku, przy każdym bardziej gwałtownym ruchu bolały mnie cycki, bolały 9 miesięcy. Nie dało rady ani „na Hiszpana” ani na Polaka, Turka czy Żyda, ani kurwa na chwilę. Wyrzuciłam stanik i chłopaka z wyra. Ostatecznie cycki można pominąć dla dobra sprawy.

     Strach. Był taki film, nie pamiętam jak się nazywał, chyba z Hugh Grantem, w którym jego żona czy tam konkubina była w ciąży i bali się ruchać, co by dzieciakowi nie uszkodzić mózgu. Wtedy się śmiałam. Teraz już nie… Próbowaliśmy na tysiąc sposobów przekonać siebie, że to przecież nierealne fizjologicznie i fizycznie. Swoją drogą nie wiem jak wielkie mniemanie ma mój chłopak o swoim penisie, z pewnością większe od samego penisa. Jednak ten strach, że cokolwiek przedostanie się przez moją pochwę, usta czy odbyt i zabije dziecko był ogromny. Niezwykle ciężkim zadaniem było znalezienie odpowiedniej pozycji do siedzenia, stania i spania, a o seksie już nawet nie wspomnę. Niby bokiem nie powinno być problemu, no ale jednak coś tam ugniata, co jeśli złamię dziecku rączkę! No niby ja mogę być na górze, ale co jeżeli dziecko dostanie wstrząśnienia mózgu, a w najgorszym razie odpadnie mu głowa, już nie wspominając, że po 3 minutach ja dostane zadyszki i prawdopodobnie zwymiotuję. Można chociaż minetkę wysępić! Ale NIEEEE!!! Przecież od miesiąca nie dosięgam tam maszynką, mój facet może stracić język w tej walce!  (a co jeśli urodzę mu w twarz?) No to lodzik! Jakoś idzie ale po minucie zadyszka plus zgaga. Zjadam kule „cassatów”, zagryzam ogórkiem.

         Nienawiść. Coś tam czytałam, że kobiety w ciąży łagodnieją, że wyzwala się pozytywna energia, jakaś kurwa joga czy pilates, nie wiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam spokojna! We mnie w okresie ciąży wyzwoliła się trwoga, nie taka z którą idzie się do boga, a do piekła! Każdego dnia uświadamiałam sobie, że moje życie się zmienia, że z beztroskiej (trzydziestoparoletniej) gówniary, chcę czy nie chcę, będę musiała zmienić się w czyjąś starą i to starą nie byle kogo! Do tej pory byłam odpowiedzialna ewentualnie za to, żeby kot mi nie zaszczał butów, i żeby mi starczyło na browara przy końcu miesiąca. A teraz?  Już pomijam paraliżujący strach o to czy dzieciak będzie miał wszystkie paluszki, mózg i przyzwoitą kobietę/faceta. Nigdy nie byłam tak przerażona. A kto ponosi całą winę, za zasiniałą sytuację?  PENIS! Nienawidziłam go za to, że nie chce mu się cały czas spać, że nie puchną mu nogi, że nie chce mu się rzygać, gdy pałaszuje przepyszne naleśniki, że może pić wódkę i palić papierosy, że nie zatrzymuje wody w organizmie. Za to że daje mi jedzenie na nieodpowiednim talerzu, w nieodpowiedniej temperaturze, za to że  jest i że go nie ma. To on podstępem wmanewrował mnie w cały ten ambaras, jak zaczynałam z nim sypiać nie wspominał nic o pszczółkach i motylkach. Także jak, no jak można uprawiać seks z takim potworem?!

         Miłość. Były dni kiedy rzeczywiście czułam się jak boska panienka, wiecznie dziewica, tyle że bez nóg, bo dosyć wcześnie przestałam widzieć swoje stopy przez mój magiczny, nowy byt noszący dziecko, obleśny brzuchol. Ale z tego brzuchola czasami wydobywała się miłość tak ogromna, że mogła bym do niego włożyć cały świat i urodzić na nowo, nowy lepszy, taki w kolorach tęczy. Ta miłość, w sposób najzupełniej naturalny wysyłała sygnały do macicy i ultradźwiękami przywoływała penisa, problem w tym, że nie penisa ojca mojego nienarodzonego dziecka, a wszystkie przypadkowe penisy napotkanie na ulicy. Zaczęli mi się podobać nawet starsi panowie, ba kobiety a najbardziej młody Daniel Olbrychski z „Ziemi Obiecanej” (do dziś zastanawiam się, czy to, że obejrzałam ten film w czasie ciąży przynajmniej jedenaście razy może odbić się negatywnie na psychice mojego dziecka)!!! W mojej głowie było seksu co niemiara. A najszybszą i najpewniejszą metodą rozładowania tego napięcia bez ryzyka chorób wenerycznych i wiecznego potępienia, była oczywiście masturbacja. W rezultacie po całym dniu seksu, zwyczajnie zasypiałam nie później niż o 21.

         Fizjologia. Moja pochwa zaczęła żyć własnym, życiem, może nie sączyła się z niej już krew, ale wszystkie inne najdziwniejsze ciecze, o które nigdy bym jej nie posądzała. Obowiązkowo więc, przed każdym seksem, następowała rutynowa analiza płynów z przeglądarką Google. Jak już wszystko okazywało się być ok, po 2 minutach akcji następowała pauza na oddanie moczu i tak przynajmniej kilka razy, jak już się wydawało, że wszystko jest dobrze, że zbliżamy się do szczęśliwego zakończenia, zachciewało się siusiu mojemu chłopakowi. Trudno też mi było się z nią, z tą moją macicą porozumieć, nigdy nie było wiadomo czym mnie dzisiaj zaskoczy, gdzie zaboli. Praktycznie niemożliwy był też kontakt ze wzgórkiem łonowym, czego następstwem było wyhodowanie bobra wielkości Puszczy Noteckiej. To akurat miało swoje dobre strony bo raz na jakiś czas bawiliśmy się w w tajemniczy ogród, gdzie mój chłopak był seksownym ogrodnikiem, a ja ciężko chorym chłopcem, który bał się wychodzić na dwór.

TO NIE JA

 Począwszy od oczywistych zmian czysto fizycznych, które transformowały mnie powolutku w wyjącą fokę u schyłku życia, przez hormonalno-psychiczny (żeby nie powiedzieć psychotyczny) armagedon, zaczęłam stawać się czyjąś starą, miałam na to 9 miesięcy. 9 miesięcy, żeby dorosnąć, żeby się ogarnąć, żeby spoważnieć, żeby zacząć myśleć i czuć jak matka. Ruchać jak matka. 9 miesięcy, żeby pożegnać się z moją malusieńką prawie dziewiczą pochwą, którą za moment rozerwie najmądrzejsza na świecie głowa mojego syna. Myślałam, że jak już się rodzi dziecko to, po prostu, tak zupełnie zwyczajnie i ty sama rodzisz się na nowo – z poczwarki przeobrażasz się w motyla, w pełnowartościową kobietę, w czyjąś starą. Problem w tym, że ja lubiłam być poczwarką. Nie dosyć, że właśnie przewracało się do góry nogami całe moje życie, to i ja sama się przewracałam, potykając się o jakieś dziwne schematy społeczne, o zbyt wygórowane oczekiwania i całą tę matczyną, połogową mitologię i martyrologię. Musiałam się na nowo sama w sobie odnaleźć i uformować także w łóżku, bo strach przed nieznanym przed swoim własnym nowym ciałem i jego tajemniczymi wytworami zabijał moją pewność siebie i libido, tak jak wcześniej tabletki. Musiałam pogodzić się z faktem, że ciąża jest stanem notorycznego dyskomfortu, w którym jednak, przy odrobinie dobrej woli, można poczuć się niesłychanie komfortowo. Już abstrahując od faktu, że to tylko pierdolone 9 miesięcy, potem teoretycznie wszystko powinno wrócić do normy. Ale właściwie czym jest norma, przecież nigdy nie oczekiwałam od życia normalności. Sex z wielkim brzuchem, zgagą i opuchniętymi nogami też może być zajebisty, może też w ogóle nie być seksu i tak będzie pięknie.

A MOŻE JEDNAK JA? 

Okazało się że ja to nadal ja. Nieistotne, czy jestem czyjąś starą czy głaskającą koty feminizującą samotniczką. Mogę być wszystkim jednocześnie. Mogę ruchać się jak czyjaś stara i jak prostytutka! Mogę a nawet muszę mieć w dupie to całe nadęte pierdolenie (głównie głosy starych bab, księży i kilku Dżesik i Andżelik z Wałbrzycha), że Matka Polka, prawie Święta, że tego nie wypada, tamtego nie wolno, TERAZ JESTEŚ MATKĄ. Przede wszystkim jestem SOBĄ czy z dzieckiem w brzuchu czy na ręku. Zmienia się jedynie i aż tyle, że może trochę już nie wypada jednak i nie do końca można pozwolić sobie na słodki i totalny egoizm, że przy końcu miesiąca musi styknąć nie tylko na browara ale i na pampersy. Ale to taki słodki altruizm, no krew z krwi, ale w oddzielnych obiegach.

Sprawdź też!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Zywia

    Bardzo ciekawy tekst. Fajniej, że pisany od serca i szczerze 😉

Dodaj komentarz