Coś za mną chodzi, czyli demoniczne sfi

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Od dawna na mojej liście zaległych filmów znajdowało się Coś za mną chodzi Davida Roberta Mitchella. Kiedy doczytałam, że sporą rolę gra w tym obrazie seksualność, zdecydowałam, że nie ma co dłużej zwlekać i skoro mam już oglądać jakiś horror (zdarza mi się to średnio raz na dwa lata) niech padnie na ten właśnie.


Maika Monroe in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.

O fabule słów kilka

Główną bohaterką filmu jest Jay. Mieszka ona na przedmieściach Detroit, w ciągu dnia chodzi do szkoły a popołudnia spędza z paczką przyjaciół. Jej codzienność nie wyróżnia się niczym specjalnym. Wszystko zmienia się w chwili, kiedy nastolatka uprawia seks z niedawno poznanym chłopakiem  (i nie, nie mam tu na myśli odmiany losu spowodowanej orgazmem stulecia lub odkryciem uśpionej kobiecości). Jay dowiaduje się od chłopaka, z którym dopiero co się przespała, że przekazał on jej poprzez seks klątwę: od tej pory nieznanego pochodzenia istota, mogąca przybrać formę dowolnego (nagiego) człowieka, będzie powolnie, acz nieustająco podążać szlakiem dziewczyny próbując ją zabić. Jedynym wyjściem na pozbycie się uroku jest przekazanie go komuś innemu. Marne to jednak pocieszenie – jeżeli demonowi uda się zabić swoją ofiarę, na jej celownik znów wraca osoba, która uprzednio była nosicielem klątwy.


Jake Weary and Maika Monroe in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.

Kicz i tandeta? Nie tym razem

Wiem – ta historia opowiedziana „na sucho” brzmi mocno tandetnie. Jednak kiedy reżyser okrasza ją surową scenografią i świetnie dopasowaną do warstwy wizualnej elektroniczną muzyką, zaserwowany widzom efekt końcowy daleki jest od kiczu. W szczególny sposób łechtane są tu zmysły fanów lat osiemdziesiątych, bo to właśnie w klimacie horrorów z tamtych czasów utrzymane jest Coś za mną chodzi. Film intryguje bez konieczności używania jump scare’ów  i innych tanich  straszaków. Tym co przeraża w nim najbardziej jest przeszywające uczucie nieustającego niepokoju. Nie mamy przecież pojęcia kiedy na ekranie ponownie pojawi się demon a na domiar złego praktycznie nic nie wiemy o jego charakterze, pochodzeniu lub motywach.


Maika Monroe in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.

Co za nami chodzi?

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Najciekawszym a zarazem powodującym największy dyskomfort zabiegiem zastosowanym przez Mitchella jest brak jakiegokolwiek wyjaśnienia czym tak naprawdę jest owo demoniczne STI. Reżyser przerzuca całą odpowiedzialność interpretacji na widza. Co za nami chodzi? Wstyd? Samotność? HIV? Patriarchat? Zwierzęcy, nieokiełznany popęd? Slut-shaming? Stygmatyzacja społeczna będąca reakcją na swobodne podejście do spraw seksu? Podświadoma autostygmatyzacja? Mogłabym jeszcze długo wymieniać przeróżne tropy. Zdaje się, że reżyser zostawiając szerokie pole do namysłu nad tym czym jest Coś chce pokazać, jak wiele negatywnych skojarzeń z seksem udało się wytworzyć naszej kulturze i jak bardzo opłakane w skutkach konsekwencje niesie za sobą demonizowanie seksualności.

Keir Gilchrist, Maika Monroe, and Lili Sepe in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.

Nadzieja na Happy End

O dziwo w tym wielowymiarowym horrorze pojawia się jednak przebłysk nadziei. Główna bohaterka nie zmaga się z klątwą samodzielnie. Od początku wspierana jest przez bliskie osoby, które ani przez chwilę jej nie oceniają, ani nie perorują, że sama prosiła się o nieszczęście, skoro spała z dopiero co poznanym chłopakiem. Warto zauważyć ten pozornie błahy fakt, ponieważ można odczytać go jako gest wsparcia dla ludzi, którzy doświadczyli w przeszłości jakiegokolwiek nękania na tle seksualnym. „Fatum” będące wynikiem tego rodzaju przemocy może przecież podążać za nimi przez długi czas, dając o sobie znać nawet wtedy, gdy pozornie zostało już pokonane. Wszyscy zdajemy sobie chyba sprawę z tego, jak często osoby skrzywdzone nie zostają otoczone należytą opieką a wręcz przeciwnie – są wyśmiewane i obarczane bezpodstawną winą za zło, które je spotkało. Coś za mną chodzi nie dopuszcza takich narracji do głosu i pokazuje, jak ważne w sytuacji przemocy seksualnej jest bezwarunkowe wsparcie przyjaciół i otoczenia.

Lili Sepe, Olivia Luccardi, and Keir Gilchrist in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.

Tak ja rozumiem jedno z przesłań tego filmu. Ale kto wie? Może się zagalopowałam i snuję tu naciąganą, feminizującą nadinterpretację zwyczajnego horroru o zwyczajnym demonie? Cóż, obejrzyjcie i sami zadecydujcie, czy Coś jest na rzeczy.


Lili Sepe and Maika Monroe in It Follows. Courtesy of Mongrel Media.
Sprawdź też!

Dodaj komentarz