Bad Queer Cinema: Transamerican Killer, 2005, reż. Mack Hail

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Jeśli wydaje Wam się, że wątki LGBTQIA to domena jedynie ambitnego, studyjnego kina, to będę od dzisiaj starała się odczarowywać tę tezę. W swoim cyklu będę prezentować najgorsze filmy kasy B, orbitujące wokół problemów związanych z tożsamością płciową. Jako pierwszy przedstawiam Wam film o dość sugestywnym tytule: Transamerican Killer, w reżyserii Macka Haila.

LGBT+ klasy B

Patrząc na kino klasy B można odnieść wrażenie, że skupia się ono bardziej na efektach i próbach zaskoczenia widza, niż portretach psychologicznych bohaterów i zagłębianiu się w ich problemy, czy emocje, i będzie to wrażenie słuszne. Wątki LGBT+ i pokazanie problemów z tożsamością płciową i psychoseksualną jako trzon fabuły to za ciężki temat, by przełożyć go na śmieszno-słabą produkcję a’la fatalne zauroczenie zmiksowane z american pie w klimacie 90’s thriller / gore? Nic bardziej mylnego. Mack Hail podjął to wyzwanie i, trzeba mu oddać, wyszedł z niego z podniesioną głową. O ile oczywiście jego ambicją było zrobienie bardzo słabego filmu, z żenująco kiepskim aktorstwem, przewidywalną fabułą, postaciami z plastiku, oświetleniowcem z latarką i efektami typu nóż z kartonu i ketchup, w którym z uwagi na budżet, niczym w The Room, sceny powtarzają się co jakiś czas w innym kontekście, bo „widz i tak nie zauważy w amoku kryminalnej układanki, że znowu patrzy na to samo ujęcie”. Czyli w punkt. Jako fanka wszystkich powyższych elementów w kinie amerykańskim uważam seans za bardzo udany, choć oczywiście warto przed kliknięciem „play” otworzyć butelkę wina.

Jak bardzo można się zmienić by uratować związek?

Oś fabuły skupia się na Jamie Garnes, ciepłej, delikatnej i wrażliwej striptizerce, która próbuje związać koniec z końcem i utrzymać siebie i chorą babcię (nota bene oglądająca Casablancę 24/7, co dobitnie świadczy o stanie jej umysłu) ze swojej marnej pensji. Jej smutne życie dopełniają przepełnione bólem wspomnienia zaborczego ex, Bobby’ego, który pięściami i krzykiem usiłował wytłumaczyć dziewczynie, jak bardzo ją kocha, gdy ta postanowiła odejść od niego do innej kobiety. Obrazująca ten traumatyczny moment, rozrywająca serce scena, w której dźwięki szarpaniny, płaczu i krzyki bólu głównej bohaterki mieszają się z (nieustającymi już odtąd aż do samego końca filmu) dźwiękami losowych klawiszy niedostrojonego pianina spod palców wirtuoza Erica Galligana i efektami dźwiękowymi rodem z najgorszych serialowych wytworów lat 80 i 90, jest zresztą sceną otwierającą film. Po tym bolesnym doświadczeniu i groźbach ze strony chłopaka, Jamie w pośpiechu i pod osłoną nocy pakuje ubrania oraz ukryte w drewnianej skrzynce dolary i rusza do Las Vegas, rozbijając wcześniej stojące przy telefonie wspólne zdjęcie szczęśliwej jeszcze pary. Światła neonów i kolorowe fontanny miasta hazardu, narkotyków i szybkiej miłości wydają się śmiać prosto w twarz bohaterce, której życie to pasmo nieszczęść i niepowodzeń. Gdy kamera przenosi nas do nocnego lokalu, w którym światło jest czerwone i zamglone od rozpylanych efektów specjalnych, a w garderobie króluje czerwony lateks, jest już 6 miesięcy później. Bohaterka pokazywana na przemian z napisami początkowymi (które w tym filmie trwają dość przyzwoity kawał czasu) wykonuje akrobacje przy rurze, mężczyźni gwiżdżą na palcach, a muzyka pulsuje w napięciu i wiem, że to czas na kolejny kieliszek wina. Ale oto gwiazda wieczoru zostaje zamordowana tuż za budynkiem klubu przez tajemniczą postać ukrytą za długim, ciemnym płaszczem i równie długimi, ciemnymi włosami. Gdy mija mi początkowy szok związany z faktem, że główna postać została właśnie zamordowana w trzeciej minucie filmu, okazuje się, że to nie Jamie występowała w klubie. Oddycham z ulgą i od teraz postanawiam trochę uważniej śledzić akcję na ekranie, jako, że wszystkie występujące w filmie bohaterki wyglądają w zasadzie identycznie, a rip z vhsa nie pozwala na ustawienie zbyt wygórowanej jakości obrazu. Wszystko to sprawia, że trzeba mocno przyłożyć się do seansu. Cofam więc kawałek, w sam raz by usłyszeć, że zamordowana była koleżanką po fachu naszej bohaterki i dzień wcześniej zrobiły w klubie taki show, że cała męska część widowni (łącznie z djem) cytuję: „doszła w pieprzone dżinsy”. To stwierdzenie wystarcza, by ta miła pani zarobiła kosę pod żebra od tajemniczej postaci, która stukając obcasami podąża za kaszlącą krwią kobietą, obserwując z uwagą uchodzące z niej życie, które kończy się pod kołami pociągu. Tymczasem Jamie budzi dzwonek do drzwi, a kwiaty, które dostarcza jej kurier ozdobione są bilecikiem z napisem „I’VE CHANGED”. Jakże wielowymiarowe stwierdzenie w kontekście fabularnego twistu, którego jeszcze nie zdradzę!

„No shit?! Love…”

Cóż więc z tą tajemniczą postacią spod klubu? Spędza dnie i noce na obserwowaniu naszej słodkiej jak cukierek Jamie, która wikła się w przeróżne damsko-damskie i damsko-męskie relacje, kończące się wraz z momentem, kiedy zgadnijcie-kto wyciąga nóż. Stos ciał zabitych nożem, ogniem i pięściami rośnie, a nasza niczego nieświadoma bohaterka prowadzi swoje spokojne życie. Ale do czasu. Wszystko zmienia się podczas sylwestra, gdy odwiedzone przez nią imprezy kończą się masowym mordem. Gdy odkrywa prawdę jest zmuszona uciekać w piżamie i chować w szafie przed tajemniczą postacią z nożem. W ciągu kilkunastu sekund kończy jednak zabawę mordując w amoku prześladowczynię piłą i nagle dramatyczna prawda zostaje odkryta: prześladowczynią jest Bobby! Były chłopak, który w desperackim akcie postanowił zmienić płeć dla swojej ukochanej. Ta szokująca i niespodziewana informacja uderza mnie obuchem, a przekazana zostaje widzom przez usta patologa kryminalnego i skwitowana dobitnym „No shit?! Love…” przez jego współtowarzysza, podczas gdy wiozą zakrwawione i – SZOK – nie do końca martwe ciało Bobbye’go do kostnicy. Tu następuje kilkuminutowa seria retrospekcji, dzięki którym w rytmie muzyki przypominającej mi czasy, gdy sum41 był uznawany za heavy metal, oglądamy cały film od nowa, tyle że na sporym przyspieszeniu i oczami Bobby’ego. Na przełamanie dramatyzmu w napisy końcowe wmiksowana zostaje reklama piły mechanicznej (motyw autoironiczny, w którym reżyser puszcza oko do widzów), oraz zakulisowe sceny typu making of.

Problemy współczesnego świata w kostiumie kina klasy B

Świadomie, bądź nie (raczej nie) reżyser podejmuje szereg marginalizowanych i często tabuizowanych współcześnie tematów: problemy z tożsamością płciową, sexworking, biseksualizm, traspłciowość, przemoc fizyczną i psychiczną w związku, stalking, brak poczucia stabilności w życiu, bezrobocie, problem odpowiedzialności finansowej za drugą osobę, opieki nad osobą starszą, gdy nie ma pieniędzy na całodobową, profesjonalną opiekę, czy problem braku perspektyw na poprawę jakości życia, zmuszający osoby do prostytucji. Choć ciężko tu mówić o próbie otworzenia się na te problemy i zagłębienia w ich psychologię, to jednak sam fakt podjęcia ich w filmie tej klasy jest interesujący, choćby dlatego, że tego typu kino trafia jednak do zupełnie innego odbiorcy niż ambitne kino studyjne, które większość tych problemów porusza od lat. Pozostaje jedynie pytanie, czy uproszczenie danego tematu do granic możliwości jest dobrym punktem zaczepienia dla późniejszych ewentualnych dyskusji. Zmiana płci okazuje się bowiem być w tym filmie jedynie sposobem na odegranie się. Nie dowiemy się, w jaki sposób Bobby’emu udało się w pół roku zmienić całkowicie płeć, ani jakiego rodzaju konsekwencje wywołało to w jego psychice. Czy decyzja została podjęta wyłącznie jako próba odzyskania dziewczyny, od której katowania był wyraźnie uzależniony, i którą traktował jak swoją własność? Czy może wynikała ona z głębszych potrzeb, które odnalazł w sobie? Transpłciowość w tym filmie jest raczej narzędziem do celu w rękach Bobby’ego, co okrutnie upraszcza temat i osoby, których on w rzeczywistości dotyczy. Bo czy można tu mówić o miłości albo poświęceniu? Czy można mówić o spojrzeniu w głąb siebie i swoich potrzeb? Raczej nie. Film i jego bohaterowie są tak płascy, że ciężko wykrzesać z nich jakiekolwiek emocje i psychologię. Tym niemniej jest to ciekawy punkt wyjścia do dyskusji o orientacji psychoseksualnej i problemach z tożsamością płciową, oraz sposobach ich przedstawiania (a raczej unikania lub spłaszczania) w kulturze masowej i dyskursie publicznym. Dlatego naprawdę szczerze polecam ten film. Jeden z najgorszych, jakie widziałam.

Sprawdź też!

Dodaj komentarz