Czwarty Człowiek, reż. Paul Vorhoeven, 1983 r.

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Mrok, ciemność, czarna plansza i czerwona typografia, mucha przylepiona do pajęczyny utkanej pod pachą wiszącego na krzyżu Jezusa Chrystusa z twarzą wykrzywioną grymasem udręki. To kadry otwierające Czwartego człowieka Paula Verhoevena, reżysera takich filmów, jak Nagi instynkt, RoboCop czy Elle. Reżysera, który jak mało kto potrafi ukazać na ekranie pożądanie, namiętność i wszelkiego rodzaju perwersje.

Tym niemniej, pająk krzyżak wiszący na krzyżu jakoś nie wydaje mi się zapowiadać filmu na poziomie największych dzieł w jego dorobku. Osobom cierpiącym na arachnofobię polecam rozpocząć film od 3 minuty, bo mniej więcej do niej główną postacią na ekranie jest pająk. I Jezus. W zasadzie pająk chodzący po Jezusie, co od pierwszej chwili sugeruje nam mroczny film o przyczajonym, czekającym na swój moment złu wyskakującym w najmniej spodziewanym dla swej ofiary momencie i pożerającym go w całości.

Kadr z filmu „Czwarty Człowiek”

Uszy świdruje mi przecinająca ciszę muzyka skrzypiec, okazująca się mieć swoje źródło w bohaterze, którego mija kamera. Nie wiemy kim jest (i się nie dowiemy), wiemy jedynie, że gra na skrzypcach. Pod krzyżem, otoczony krucyfiksami i rzeźbami o symbolice chrześcijańskiej budzi się główny bohater – Gerard Reve („rêve” to po francusku sen) – w stanie wskazującym co najmniej na opętanie, lecz raczej jest to marna próba odegrania kaca. Gdy trzęsąc się niemiłosiernie postanawia rozpocząć nowy dzień, wśród wciąż wwiercającej mi się w mózg muzyki mam okazję obejrzeć sobie w całej okazałości jego przyrodzenie, co jednak nie przynosi zbytniego ukojenia dla moich nerwów.  Trzęsącymi się rękoma Gerard Sen próbuje się golić ale, że mu nie wychodzi idzie (bardzo słusznie) napić się winka, które ewidentnie przynosi mu ulgę w cierpieniu. Wtem zauważa wiszący na jednej z rzeźb czarny biustonosz.


Kadr z filmu „Czwarty Człowiek”

Gdy już zaczynam się mocno nudzić i odczuwać lekki ból głowy spowodowany tym nieustającym rzępoleniem na skrzypkach, główny bohater robi dokładnie to, o czym marzę i dusi skrzypka owiniętym uprzednio wokół dłoni biustonoszem. Skrzypce pękają, skrzypek umiera, ale niestety okazuję się być to tylko fantazją bohatera (i moją). Chwilę później Gerard robi już zakupy na stacji kolejowej, gdzie w sekcji „pisma dla panów” doznaje fascynacji innym młodzianem, odzianym w biały podkoszulek. Ta scena ma najprawdopodobniej za zadanie uświadomić odbiorcy nieheteronormatywną orientację seksualną bohatera. Ten nawet goni pociąg, którym odjechał biały podkoszulek, niestety bezskutecznie – młodzian znika w oddali.

Moon is feminine

Konstrukcja bohatera ewidentnie czerpie wiele z wiecznie poirytowanych i zgorzkniałych bohaterów seriali kryminalnych lat 80. Z prawa na lewo wszyscy go irytują, co oczywiście nie dziwi biorąc pod uwagę,że najpierw budzi go rzępolenie na skrzypcach, a potem kolejne godziny spędza w holenderskim odpowiedniku Przewozów Regionalnych, gdzie jego współpasażerowie to luźna wariacja na temat sceny w pociągu z Dnia świra. On sam wszędzie widzi symbole religijne (tak, nawet skórka od jabłka wydaje mu się być aureolą wokół główki dziecka współpasażerki lol). Ale do rzeczy.

Główny bohater to biseksualny pisarz, przejawiający od czasu do czasu najbardziej męczące cechy tanich, pretensjonalnych pseudo-filozofów, który wszędzie widzi śmierć i nieustannie o niej myśli („Myśląc o śmierci nie mogę zasnąć, a nie śpiąc muszę myśleć o śmierci” – mówi.), a jego liczne wizje przepowiadają zbliżające się niebezpieczeństwo (jedną z nich, i chyba najjaśniejszą w zobrazowaniu tego, co może go czekać w dalszej części filmu jest obraz przedstawiający Samsona i Delilę). Przyjeżdża do holenderskiego miasteczka Vlissingen, gdzie ma wygłosić wykład, zaczesany specjalnie na tę okazję niczym Antonio Banderas. Ulega tam fascynacji odzianą w czerwień uczestniczką wykładu, pilnie rejestrującą jego wystąpienie na kamerze. Ów dama – Christine Halslag – okazuje się być księgową stowarzyszenia, które gości Gerarda.


Kadr z filmu „Czwarty Człowiek”

Po zaserwowaniu mu krwawej Mary, jak na wyzwoloną kobietę przystało oferuje mu nocleg u siebie.  Zwiastujące zbliżające się niebezpieczeństwo symbole mnożą się wraz z intensyfikacją napięcia seksualnego między bohaterami. Gdy w domu Christine oglądają księżyc, Gerard mówi: „Moon is feminine”. W wielu kulturach księżyc kojarzony jest ze śmiercią – ot, kolejny znak, że Christine może w rzeczywistości okazać się prawdziwą femme fatale.

Erotyzm w strugach absurdu

I tu faktycznie zaczyna się cała erotyczna fabuła. Zmysłowa gra wstępna zmienia się w obopólną fantazję, w której Christine jest chłopcem – Gerard przed stosunkiem patrząc na jej gołe ciało mówi, że przypomina mu pięknego chłopca – szczupłego i delikatnego. We śnie zaś nawiedza go sama Maryja Zawszedziewica, ostrzegając przed niebezpieczeństwem, jakim jest dla mężczyzn jego nowa partnerka seksualna. Do akcji powraca też pan biały podkoszulek o imieniu Herman, co jeszcze bardziej zagęszcza atmosferę seksualnych fascynacji, niewypowiedzianych pragnień i napięcia pomiędzy bohaterami, od których powietrze robi się gęste i lepkie. Nie powiem, żeby był to film najwyższych lotów. Raczej kinko w stylu tv4 w czwartek o 23:30, dla cierpiących na bezrobocie lub bezsenność.

Kobieta to (oczywiście) samica pająka, łapiąca w swoją lepką sieć biednych, niczego niepodejrzewających mężczyzn, popęd seksualny niesie za sobą śmiertelne niebezpieczeństwo, zagrożenie, koszmary i śmierć, a jedynym ratunkiem jest Jezus Chrystus. Ale warto. Choćby dla mokrej od przylepiającego włosy do czoła deszczu erotycznej sceny między Gerardem a Hermanem, mającej miejsce podczas burzy, w grobowcu byłych mężów Christine. Ciekawe jest to, jak bezpretensjonalnym jest w tym filmie temat biseksualizmu głównego bohatera i zagorzałego katolika. Tak jakby te dwie rzeczy w ogóle się wzajemnie nie wykluczały, choć oczywiście można interpretować akcję i tak, że wszelkie niebezpieczeństwa i zagrożenia mogą być konsekwencją orientacji nieakceptowanej w katolicyzmie. Któż to może wiedzieć, wersji interpretacyjnych jest pewnie tyle, ile przewijających się przez ekran symboli.

Sprawdź też!

Dodaj komentarz