Jak przemocowcy rozkradają przestrzeń

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Od kilku dni polskie media wypełnia temat przemocy w szkołach filmowych i teatralnych. Dyskusję rozpoczęła Anna Paliga, absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi, która w mediach społecznościowych opisała przemoc, rozgrywającą się w murach uczelni.

Chwilę później głos zabrały inne osoby, które potwierdziły doświadczenia Paligi i/lub opowiedziały o podobnych doświadczeniach w Łodzi i w innych szkołach teatralnych. Eliza Rycembel czy Zofia Wichłacz wspomniały o Akademii Teatralnej w Warszawie (Wichłacz zresztą zrezygnowała ze szkoły przez problemy ze zdrowiem psychicznym, związane z doświadczeniami przemocowych praktyk), Michał Czernecki o Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Pamiętam, że parę lat temu wybuchł skandal w związku z bardzo przemocowym „fuksowaniem” nowych studentów przez znanych aktorów, w tym Mateusza Kościukiewicza. Temat jednak dość szybko ucichł i chyba nie odbił się zbyt negatywnie na czyjejkolwiek karierze, był tylko chwilową sensacją dla brukowców. Tym razem jednak temat nie jest jedną z miliona tanich sensacji, która ucichnie po paru artykułach. Tym razem chyba faktycznie, po raz pierwszy doświadczymy sytuacji, w której osoby na co dzień nietykalne poniosą konsekwencje.

Anna Paliga podzieliła się swoimi doświadczeniami przemocy, strachu, poczucia bezsilności i braku reakcji na zgłaszane sytuacje. Opisała też kilka przykładów doświadczanych na co dzień przemocy i mobbingu, zaznaczając jednocześnie – choć łatwo się tego domyślić – że są to wybrane sytuacje, ukazujące tylko ułamek ogromu przemocy, z która mierzą się studentki i studenci wydziału aktorskiego. Przemocy psychicznej, fizycznej, seksualnej. W swoim oświadczeniu opisuje nie tylko sytuacje, ale podaje również nazwiska odpowiedzialnych za nie osób.

„Żebyście nigdy nie szli sami i same”

To, że rektorem PWSFTviT nie jest już Mariusz Grzegorzek (którego możecie pamiętać z obrzydliwego i bezczelnego oświadczenia, wydanego w związku z wizytą Polańskiego w Łodzi – [LINK]), dało się odczuć bardzo szybko. Nowa rektorka szkoły (która rolę sprawuje dopiero od paru miesięcy) wystosowała naprawdę porządne przeprosiny, wraz z zawarciem w nich całej gamy ruchów, które zamierza bezzwłocznie wykonać, by zapobiegać takim sytuacjom w przyszłości i rozwiązać te już istniejące. I chyba pierwszy raz naprawdę w takie oświadczenie wierzę. Milenia Fiedler, bo o niej tu mowa, jest polską montażystką. Kiedy zdawałam do Łodzi na montaż, była jedną z trzech osób, spośród kilkunastu członków i członkiń komisji, które zapamiętałam w naprawdę pozytywnym świetle. Biła od niej dobra energia, budząca szacunek i bezpieczeństwo, a nie wszechobecne w tej szkole nadęcie (i naprawdę nie piszę tego z żalu o to, że się nie dostałam XD).

Post, PWSFTviT

Nie przyjęto mnie, więc nigdy nie miałam szansy tego zweryfikować, ale miałam poczucie, że to jest osoba, która swoją pracą rozwija cudze pasje i zdolności, a nie jedna z tych, które je tłamszą i umniejszają. Taki obraz jej osoby rysuje się również w wydanym przez nią oświadczeniu. Przede wszystkim warto zaznaczyć, że jej przeprosiny są faktycznymi przeprosinami, a nie lawirowaniem między różnymi doniosłymi słowami i pseudo-przeprosinami z wielkiej, pańskiej łaski (w dodatku tylko tych, którzy „poczuli się urażeni”). I jasne, poprzeczka jest zawieszona dość nisko, skoro ta totalna podstawa jest w naszym społeczeństwie osiągnięciem, ale warto to docenić.

Drugą istotną kwestią jest to, że w samym tym dokumencie dostajemy propozycję zmian. Bez udawania, bez „zobaczymy”, „zajmiemy się tym”, „zbadamy sytuację”, za to z faktycznym i szczegółowym planem konkretnych działań, które zostaną podjęte. Żadnego chowania się za fasadą swoich osiągnięć, żadnej próby zrównywania osiągnięć i przemocy tak, by wychodziło na zero, żadnego punktowania swoich zasług, czy dobrych cech charakteru wspomnianych w poście Paligi osób. Z tego oświadczenia poza kulturą osobistą (tak rzadką, gdy tego typu posty piszą osoby u władzy) bije przede wszystkim szczerość i autentyczna troska. Mam tylko nadzieję, że faktycznie za słowami pójdą czyny. Słowa to jednak mimo wszystko tylko słowa.

Milenia Fiedler

Przemocowcy przed szereg

Chciałabym też wspomnieć o osobie, która wśród całego zamieszania, które wybuchło w związku z postem Paligi, bez cienia żenady wybiła się nieproszona przed szereg i uznała, że kiedy jak nie teraz będzie najlepszy moment na podbicie sobie ego. Bartosz Bielenia, bo o nim mówię, był moim filmowym kraszem przez dobrych parę lat. Po obejrzeniu Na granicy zakochałam się w jego androgenicznej urodzie i niesamowicie dojrzałym aktorstwie. Przysięgam, że tylko dla niego obejrzałam Disco polo. Cieszyłam się bardzo, że jego kariera zaczęła się w ostatnim czasie mocno rozwijać, bo naprawdę zasłużył na szacunek jako aktor. I niestety tylko jako aktor.

Moja miłość do niego oficjalnie umarła, gdy okazał się być niedowartościowanym typem, który po trupach gotowy jest budować swoją popularność i poczucie wartości. Parę dni temu na jego Facebooku pojawiło się oświadczenie, w którym Bielenia dokonuje coming outu jako przemocowiec. Wszystko oczywiście w otoczce „zrozumiałem, smutno mi, taki ze mnie bidulek”. W komentarzach festiwal przybijania piony, klepania po pleckach i wychwalania pod niebiosa. Oto przemówił przemocowiec, cóż za piękny dzień dla ludzkości, cóż za raj na ziemi. No tylko, że nie. Nie wiem, czy ludzie tego nie wiedzą, czy o tym nie myślą, czy naprawdę takie posty wydają im się naturalne i godne pochwalenia, ale chciałabym zwrócić uwagę na to, dlaczego nie są.

Po pierwsze – gdy osoba, która doświadczyła przemocy decyduje się o tej przemocy opowiedzieć, odbieranie jej przestrzeni, by z perspektywy przemocowca opisać swoje życie okraszone desperackimi próbami zdobycia uznania i sympatii, jest żenujące i kompletnie pozbawione wyczucia i wrażliwości.

Po drugie, skoro ta kwestia tak bardzo leżała mu na sercu, to dlaczego pan Bartosz nie uznał za stosowne takiego oświadczenia wydać tydzień temu? Miesiąc temu? Rok temu? Przecież w każdym dowolnym momencie mógł się podzielić tymi przemyśleniami. I gdyby zrobił to miesiąc temu sama przybiłabym mu pionę, że niepytany zdecydował się opowiedzieć o tym, co zrobił źle i być może rozpocząć – bardzo swoją drogą ważną – dyskusję.  Szczególnie, że ma parę trafnych spostrzeżeń na ten temat („Rytuały inicjacyjne mogą odbywać się bez przemocy. Wierzę, że możemy je redefiniować i tworzyć na nowo. Trauma nie hartuje”) i mógłby wnieść dużo w temat przemocy, gdyby były to refleksje nie wynikłe z potrzeby obronienia się czy przerzucenia tematu dyskusji na „drugą stronę”.

Post, Bartosz Bielenia

Pozorne sojusznictwo

Myślę, że wiele osób nie rozumie, jak wiele kosztuje ofiary powiedzenie o swoich traumach na głos, publicznie, podpisując się własnym nazwiskiem i własnym życiem. Jaki to jest strach, jaki ból, jakie ryzyko. Jak wiele osób zleci się zaraz by te osoby umniejszać, by ich doświadczenia nazwać „atencyjnością”, „przewrażliwieniem”, by szukać ukrytych motywów ofiar i usprawiedliwień dla sprawców przemocy, by udowadniać, że autorka po prostu nie nadaje się na aktorkę, albo że zmyśla. Po co miałaby to robić? Pomijając nawet osoby, które potwierdziły jej słowa, po co ktokolwiek miałby coś takiego wymyślać? Żeby na zawsze być w oczach artystycznego półświatka tą, która zmąciła spokój? Tą, której nie można nawet zwrócić uwagi, bo pójdzie do mediów? Tą, której nie można skrytykować, bo wszystko co jej się nie podoba to zaraz przemoc?

Znacie tę retorykę? Wszystkie ją znamy. „Teraz już nie można komplementu powiedzieć”. Dlaczego latami nikt tych nadużyć nie zgłosił? Bo ten świat jest tak hermetyczny, że każda osoba boi się, że straci przez to swoją (często jedyną) szansę, że dostanie łatkę osoby niegodnej zaufania, siejącej ferment, piorącej publicznie brudy. Że wszystko, na co latami pracowała, zostanie zmiecione w obliczu poczucia zagrożenia wygodnych pozycji grupki myjących sobie wzajemnie dupy dziadów.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jakie to jest zagrożenie dla młodej aktorki, która może w takiej sytuacji doświadczyć w środowisku ostracyzmu, bo przecież każdy o kim powie jest czyimś kolegą, znajomym, przyjacielem. W małych, zwartych środowiskach wszyscy się znają i powiedzenie prawdy o jakiejś osobie często jest odbierane jak atak na całe środowisko. W czasach #metoo i wdrażania polityki antydyskryminacyjnej w coraz większej liczbie miejsc z jednej strony, „TeRaZ jUż NiE mOżNa NaWeT pOwIeDzIeĆ kObIeCiE kOmPlEmEnTu” z drugiej i dodając do tego tę gigantyczną, pozornie anonimową przestrzeń, którą jest internet, tego typu dyskusje są podwójnie dla ofiar przemocy ciężkie. Szczególnie gdy powiedzenie prawdy niesie ryzyko utraty możliwości wybicia się w zawodzie, na który się latami pracowało.

Ryzyko nieotrzymania roli ze strachu przed ewentualnym nagłośnieniem odbywającej się na planie przemocy, może tę osobę kosztować naprawdę bardzo wiele. W takich sytuacjach zakrzykiwanie cudzego głosu lub zabieranie przestrzeni dla siebie jest najgorszą formą seksizmu, zwłaszcza gdy robi to osoba na co dzień uprzywilejowana. Bo to nie jest sojusznictwo, to nie jest wsparcie czy umocnienie głosu ofiar przemocy. To jest pozorne sojusznictwo i obrócenie dyskusji na swoją korzyść.

Gdy kobiety, które latami były wpychane w konkretne role (najchętniej głupich, cichych, niemyślących dekoracji lub obiektów seksualnych) i pozbawiane głosu w istotnych kwestiach, których świadectwa doświadczeń i problemy były latami spychane poza sferę „istotnych tematów”, które latami patrzyły, jak ich oprawcy rosną w siłę, podczas gdy one w samotności mierzyły się z traumami, wreszcie zaczynają odzyskiwać przestrzeń i mówić głośno o swoich doświadczeniach, ci z nas, którzy latami – choćby tylko pośrednio – czerpali z tego stanu rzeczy korzyści, powinni odsunąć się i tę przestrzeń oddać. Tak po prostu, po ludzku, z najzwyklejszego poczucia przyzwoitości. Powinni przyjąć na siebie winę lub współwinę i uznać, że ta przestrzeń już do nich nie należy. Że mieli wiele lat na podjęcie tego tematu publicznie i opowiedzenie o „drugiej stronie medalu”.

Przemocowi bohaterowie

W komentarzach pod postem Bieleni rozrasta się przestrzeń przyklaskiwania i uwielbienia. Wiele osób mówi o bohaterskim czynie, jakim jest przyznanie się do winy. I jasne, introspekcja to coś wspaniałego i niezwykle ważnego. I jak najbardziej trzeba mówić i edukować, a kto może lepiej to zrobić niż mężczyźni ze sporymi platformami, których posty mogą trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale czy naprawdę sprawca przemocy musi zawsze odbierać przestrzeń ofiarom tejże? Skąd się bierze to poczucie, że trzeba się od razu bronić (jeszcze przed jakimkolwiek atakiem) i zawczasu zbudować sobie mur poparcia w swojej smutnej refleksji nad „błędami młodości”? Skąd ta potrzeba zawłaszczenia przestrzeni?

Pan Bielenia nie miał przecież faktycznej potrzeby, by przeprosić lub zadośćuczynić za to, co zrobił. Gdyby miał, po prostu by przeprosił. Po prostu by zadośćuczynił. Zrobiłby to dawno temu. Ale zabrał głos dopiero wtedy, gdy poczuł, że niedługo i jego udział w przemocowych praktykach może ujrzeć światło dzienne. Te „przeprosiny”, skierowane zresztą tylko do tych, które/rzy „poczuli się dotknięci przez jego działania”, to nawet nie są przeprosiny. To jest robienie z siebie ofiary, to jest definicja odwracania kota ogonem. A oglądanie jak z przemocowców robi się bohaterów, jest chyba najokrutniejszą rzeczą, jakiej mogą z naszej strony doświadczyć ofiary przemocy.

Zastanawia mnie to, dlaczego mężczyźni nigdy nie wyjdą sami i nie opowiedzą o swoich doświadczeniach. Tak po prostu. Dlaczego zawsze muszą podpiąć się pod cudzą sprawę? „Mężczyźni też są gwałceni” mówią mężczyźni podczas dyskusji o poszerzeniu granic pojęcia przemocy seksualnej w celu lepszej ochrony ofiar. „Kobiety też mogą być sprawczyniami przemocy domowej” – mówią mężczyźni podczas dyskusji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet. To wszystko są ważne tematy.

Przemoc seksualna czy domowa w stosunku do dorosłych mężczyzn jest bardzo zaniedbaną gałęzią całej dyskusji o przemocy, ale dlaczego te osoby obchodzą Was tylko jako kontrargument, a nigdy jako cel dyskusji sam w sobie? Dlaczego na co dzień w nosie macie te osoby, a wyciągacie je jak reverse card, gdy jest Wam akurat wygodnie, porzucając i zapominając o nich chwilę później? I dlaczego jedno musi zawsze odbyć się kosztem drugiego? Wspierajmy się nawzajem, wspierajmy osoby, które doświadczają przemocy. Bez podziału na płeć, na wiek, na status materialny. Ale na rozważania o tym, jak czują się sprawcy przemocy, nie ma w tej dyskusji miejsca.

Nikt nie broni sprawcom (szczególnie tym o znanych nazwiskach) umówić się na wywiad i opowiedzieć publicznie o swoich doświadczeniach, refleksjach i drodze jaką pokonali, by zmienić myślenie i zadośćuczynić. Przeciwnie – wiele z nas bardzo by się ucieszyło, gdyby sprawcy sami przyznali się do błędów, zamiast czekać, czy ktoś się odważy im je publicznie wytknąć, a każdy magazyn z chęcią zrobi z tego temat na okładkę.

Bardzo dobrą lekcją dla wszystkich byłoby pokazanie, że można zweryfikować swoje zachowanie i wyciągnąć wnioski. Tylko żeby to działało tak, jak powinno, musi być osobną konwersacją. Musi być osobną sprawą. Nie może wyrastać jako odnoga cudzej historii o doświadczeniu przemocy, bo w takiej formie jest czystą bezczelnością i rozdeptaniem cudzego problemu i całej odwagi, którą ta osoba w sobie zebrała, by o doświadczeniu przemocy opowiedzieć. A nie jest to nowe zjawisko, mierzymy się z tym od setek lat. Zakrzykiwanie naszych doświadczeń lub próby zrównania obu stron i wyważenia dyskusji to tak klasyczne zagrywki, że wiele osób totalnie bezrefleksyjnie uważa je za normalne.

Temat przemocy nie jest zarezerwowany wyłącznie dla artystycznego środowiska, bo regularnie informacje o podobnych doświadczeniach płyną od absolwentek i absolwentów najróżniejszych uczelni, tak jak od pracownic i pracowników najróżniejszych firm. Przemoc nie ma jednej konkretnej platformy, na której funkcjonuje. Jest wszechobecna. Jedna historia uruchamia lawinę tysiąca innych historii, nabierając wymiar uniwersalnej dyskusji o przemocy i o tym, że już czas zacząć jej porządnie zapobiegać. W każdym wymiarze i w każdej przestrzeni.

Bielenia skupia się na swoim udziale w „fuksowaniu” młodszych studentek i studentów, które było przemocowe i którego żałuje, ale jednocześnie w mocno przemocowy sposób zawłaszcza sobie ten malutki skrawek przestrzeni, który na chwilę otrzymały od opinii publicznej ofiary przemocy, regularnie spychane poza krąg światła, w którym wygrzewają się przemocowcy. Odwraca tę dyskusję tak, jakby w tej lawinie informacji była potrzebna łzawa historia człowieka, który był lub jest sprawcą przemocy. Tylko łzy przemocowców nie wpływają na tę dyskusję nawet w najmniejszym stopniu. Nie są w stanie cofnąć ogromu zła, który każdego dnia spotyka setki tysięcy osób. Jedyne co robią, to rozpraszają uwagę i odwracają ją od faktycznego problemu i sedna dyskusji. Komentarz Bieleni jest niepotrzebny i zwyczajnie pozbawiony przyzwoitości.

Bohaterstwo

Młode, zdolne osoby tracą możliwość rozwinięcia skrzydeł, tracą zdrowie psychiczne i miłość do swojego wybranego z pasji zawodu tylko dlatego, że są wrażliwe, wyczulone na przemoc lub zwyczajnie tą przemocą zmęczone. A tymczasem wielu mężczyzn uważa, że po paru chwilach skupienia na tym gigantycznym zagadnieniu, uwaga całego świata musi ponownie skupić się tam, gdzie przemocowcy potrzebują jej najbardziej – na nich samych. Gdy świat choć na kilka minut pochyli się nad kimś innym, ich spragnione splendoru ego musi wychylić twarz ku światłu reflektorów i przypomnieć o sobie całemu światu. To co robi Bielenia jest przecież tym samym zachowaniem, które regularnie widzimy w debacie o przemocy, kiedy mężczyźni mówią „kobiety też gwałcą/kradną/mordują”, gdy ktoś rozpocznie temat zapobiegania przemocy wobec kobiet lub otworzy na ten temat dyskusję. Może ubrał to w inne słowa, może oprószył to delikatnie poczuciem winy, ale to jest ciągle to samo zachowanie. To samo poczucie, że jego perspektywa „drugiej strony” jest teraz potrzebna i równie ważna, pomijając niewspółmierne skale doświadczeń obu stron. Przyklaskiwanie temu i mówienie w takiej sytuacji o „bohaterstwie” jest nie tylko absurdalne. Buduje też obraz problemu przemocy jako medalu o dwóch stronach, z których każda jest równie ważna. A nie jest.

Napisanie przez znaną osobę o w miarę ugruntowanej pozycji „byłem gnojem, ale już nie jestem, teraz jestem fajny, przepraszam urażonych” to żadne bohaterstwo. Bohaterskie są wyznania kobiet, które ryzykują CAŁE SWOJE ŻYCIE I KARIERĘ, by o tej przemocy opowiedzieć. Które wystawiają się na krytykę i hejt (z którymi zawsze się spotykamy, gdy opowiadamy o swoich doświadczeniach przemocy), by nagłośnić problem, który wykracza szeroko poza ich własne życie i którego nagłośnienie, często kosztem własnych życia, zdrowia i kariery, może uratować tysiące innych osób.

  • Bohaterskie są wszystkie osoby, które oddają przestrzeń ofiarom przemocy, nawet gdy robią to kosztem swoich problemów i potrzeb i które choćby w najmniejszy sposób zmieniają pełną przemocy rzeczywistość w odrobinę bezpieczniejszą.
  • Bohaterski jest pan w autobusie, który zwrócił mi kiedyś uwagę, że typ za mną wykonuje jakieś obleśne, seksualne ruchy za moimi plecami, żebym wiedziała i mogła uciec w bezpieczniejsze miejsce.
  • Bohaterski jest pan, który kiedyś zamiast odwrócić wzrok i uniknąć konfrontacji, głośno zwrócił uwagę kontrolerowi biletów, który wykorzystując pozycję władzy (nie miałam biletu lol) uznał, że to dobry moment, by próbować się ze mną umówić udając, że nie widzi mojego dyskomfortu.
  • Bohaterski jest chłopak, który kiedyś siedział ze mną chyba z godzinę na przystanku autobusu nocnego, pocieszając mnie i nie zostawiając samej, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego nie mogę przestać płakać.
  • Bohaterskie są kobiety, udające, że cię znają, jeśli zauważą, że jesteś w niebezpieczeństwie, żeby każdy myślał, że nie jesteś sama.
  • Bohaterskie są kobiety, odprowadzające do domu pijane nieznajome, żeby nie zostawić ich samych na pastwę obcych mężczyzn.
  • Bohaterskie są osoby, które zwracają innym osobom uwagę, gdy usłyszą żart z przemocy lub seksistowski komentarz.
  • Bohaterski jest każdy facet, który wyprzedza mnie na chodniku albo przechodzi na drugą stronę, żeby nie iść mi całą drogę na plecach. Każdy, który oddaje swoją przestrzeń w pracy lub na uczelni, by umożliwić dojście do głosu kobietom, często na uczelniach lub w pracy bagatelizowanym. Każdy, który własnym ciałem blokuje innemu mężczyźnie możliwość napastowania kobiet w przestrzeni miejskiej lub transporcie publicznym.
  • Bohaterskie są te małe rzeczy, które poprawiają codzienny komfort osób doświadczających przemocy i najmocniej na nią narażonych.
  • Bohaterskie jest cofnięcie się o krok i rozejrzenie dookoła, uznając swój przywilej i wyczulając się na sygnały, które dla kobiet są oczywiste, zamiast obrażać się jak dziecko i przerzucać liczbami kobiet w więzieniach albo fałszywych oskarżeń o gwałt.

Nie ma nic bohaterskiego w odebraniu przestrzeni tym, które i którzy na co dzień tej przestrzeni nie mają, by ugrać coś dla siebie. Nie ma nic bardziej obrzydliwego niż traktowanie cudzych doświadczeń jak trampoliny, która pomoże nam wskoczyć prosto w światło reflektorów, nawet jeśli odbijemy się od kwestii, która w tym momencie jest najistotniejsza i która po latach spychania na margines, po milionach traum, milionach żyć i milionach historii, nareszcie dochodzi do głosu i powinna mieć prawo wybrzmieć.

Hello, feudalizm, my old friend

Feudalizm

Przeraża mnie, jak wiele osób w dyskusji o tej sytuacji, usprawiedliwia i normalizuje przemoc. Pojawia się bardzo dużo głosów, że „przecież wiedzieli na co się piszą idąc do tej szkoły”, że „może nie nadaje się na aktorkę”. Na pewno znacie tego typu komentarze z najróżniejszych dyskusji, które przeprowadziliście lub którym przysłuchiwałyście się w życiu. Skąd to się bierze? Czy to kwestia znormalizowania własnych traum? Czerpania satysfakcji i spełnienia z wiedzy, że innym osobom dzieje się krzywda? Poczucia, że skoro ja doświadczyłam/em przemocy, to młodsze pokolenia też muszą? Przeświadczenia, że młodych trzeba zgnoić, żeby im pokazać „prawdziwe” życie? Czy może jest to faktyczna wiara w system, w którym osoba wyższa rangą ma nieograniczoną władzę i prawo egzekwowania jej w dowolny sposób, również przemocowy?

Zacytuję tu myśl, na którą zupełnie przypadkiem natknęłam się jakiś czas temu, i która nie daje mi spokoju, wypływając w tego typu sytuacjach na powierzchnię świadomości: „Od czasów naprawdę odległych naucza się nas poddaństwa. Nas Polaków, czy inaczej społeczeństwo w swojej wielkiej masie. Rzekłbym, że jesteśmy w kręgu kultury w pewnym sensie wciąż feudalnej, poddany to my, a oni to pan. Mamy pana posła, senatora, mamy pana ministra, pana prezydenta, burmistrza, wójta. Podniesieni do niebywałych zaszczytów, obdarzeni przywilejami. Przyjmujemy bezkrytycznie mityczne założenie, że to ludzie szczególni i wyjątkowi, od nich zależą nasze prawa i los. Nie chcę stawiać krzywdzącej dla niektórych tezy, że poseł, minister to byle kto. Absolutnie niech nikt tego z moich słów nie wyczyta. To nie byle kto, ale i z całą pewnością nie nasz pan, nie dawca prawa, któremu winniśmy uległość z uwagi na nasze poddaństwo[1].

To poczucie, że nauczyciele czy wykładowcy są bogami, których studenci powinni całować po stopach za sam fakt, że mogą się pod ich okiem kształcić, jest wprost proporcjonalne do prestiżu uczelni. Im mniej miejsc, im większe wymagania, tym większe przekonanie o własnej wielkości. Naprawdę bardzo mi szkoda osób, które doświadczają tej spirali nienawiści, bo wiem jak łatwo zatracić swój potencjał i zwątpić w swoją wartość, w zderzeniu ze środowiskiem, które z każdej strony zamiast pomagać w rozwoju, zabija w nas poczucie własnej wartości, tłumi wszelkie przejawy kreatywności i zdolności.

Swego czasu oglądałam regularnie wiele szkolnych etiud studentów szkół filmowych (głównie w ramach najróżniejszych festiwali) i ciężko nie dostrzec, jak niesamowitą wrażliwość filmową, talent i dojrzałość przejawiają niektórzy młodzi twórcy i twórczynie. Dlaczego więc polskie filmy pełnometrażowe to w 80-90% rynsztok? Czy mają na to wpływ tylko upodobania i stan umysłowy Polaków, czy może wynikać to też z przemocy, która zniechęca zdolne, ale wrażliwe osoby do uczestniczenia w produkcjach filmowych?

Łódzka Szkoła Filmowa

Problem z łódzką Szkołą Filmową jest taki, że w głowach polskich odbiorców i odbiorczyń, Łódź jest synonimem wielkości i dobrego, polskiego kina w ogóle. Już pominę, że czasy, kiedy ten obraz miał pokrycie w rzeczywistości to tak naprawdę lata 60-80, a od lat jedynym kierunkiem, po którym absolwentki i absolwenci odnoszą faktyczne, międzynarodowe sukcesy jest wydział operatorski (zwróćcie kiedyś uwagę na napisy końcowe filmów – polskich operatorów jest w światowym kinie mnóstwo, a każdy jeden zdolniejszy od poprzedniego). I oczywiście mam świadomość, że wykłada i studiuje tam wiele wspaniałych i zdolnych osób.

Nie jest moją intencją umniejszanie ich i ich osiągnięć, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że wszechobecne „kolesiostwo”, strach przed „namieszaniem” w środowisku, przed utratą pracy, narażeniem się ważnym osobom lub wystąpieniu przeciw swoim przyjaciołom, gdy poruszy się pewne kwestie, są dla przemocy bardzo żyznym gruntem. Niestety, w Polsce powiedzieć złe słowo na PWSFTviT, to jak obrzucić błotem całą polską kinematografię i wszystkie jej osiągnięcia. Stąd bierze się też poczucie nietykalności, które niezwykle często bezpośrednio wiąże się z przemocą.

Łódzka Szkoła Filmowa roztacza wokół siebie aurę bycia najlepszą polską szkołą filmową i jedną z najlepszych na świecie. Jej studentki i studenci to istni wybrańcy, których los obdarzył wyjątkowo hojnie. I choć od dawna czołowi twórcy wybijający się w polskim kinie reprezentują najróżniejsze filmowe szkoły i wcale większości nie stanowi ta łódzka, gdzieś głęboko jest w nas zakorzeniony ten obraz PWSFTviT z czasów jej największej świetności: czasów Polańskiego, Munka, Osieckiej, Karabasza, Morgensterna, Wajdy, Holland czy Kieślowskiego. I nawet jeśli ta świetność przeminęła gdzieś po drodze, w naszych umysłach Łódź ciągle jest ostoją polskiej kinematografii, synonimem prestiżu i talentu, choć patrząc na wielu absolwentów szkoły obecnych we współczesnych produkcjach, sporo z nich tego talentu nie ma w ogóle.

Schody PWSFTviT

Nie zapomnę jak w ramach festiwalu Transatlantyk gościem był wspomniany wcześniej Mariusz Grzegorzek, który gościł w Poznaniu razem z filmem Śpiewający obrusik. Film był zlepkiem prac dyplomowych absolwentów i absolwentek ówczesnego ostatniego roku studiów, a oglądanie go było jednym z najboleśniejszych doświadczeń filmowych w moim życiu. I choć wtedy mój obraz filmówki łódzkiej był mocno wyidealizowany (to był czas, kiedy zagłębiałam się w polską szkołę filmową i przeżywałam prawdziwą miłość do polskiego kina) i choć broniłam tego filmu jak mogłam, zwracając uwagę, że były to dyplomy, nie pełnowymiarowy film, co niewątpliwie stanowiło okoliczność łagodzącą, ciężko było go tak naprawdę obronić przed samą sobą.

Film filmem, ale największy szok przeżyłam po nim, w czasie dyskusji z tym wątpliwej jakości gościem. Pseudofilozoficzne, naciągane teorie, które ówczesny rektor filmówki dołożył do tego filmu, by go obronić, były szokująco odważne w potraktowaniu widzów jak kretynów, którzy się nie zorientują, że zobaczyli paździerz, jeśli wielki pan reżyser i rektor szkoły filmowej opowie im o tym paździerzu w wielu skomplikowanych słowach, wieloma długimi zdaniami i odwołując się do przeróżnych filmowych koncepcji, dzieł kultury, czy swoich własnych doświadczeń. Udało mu się stworzyć narrację z cyklu „jeśli komuś ten film się nie podoba, to bezsprzeczny znak, że nie zna się na sztuce wysokiej i zwyczajnie jej nie rozumie, ale spokojnie drogi plebsie, sztuka nie jest dla każdego„. I najciekawsze jest to, że wszyscy w to brnęliśmy. Cała widownia, prowadzący, wszystkie uczestniczące w tej dyskusji osoby podtrzymywały ten mit wielkości i pozwalały dyskusji toczyć się w oparach absurdu, umacniając poczucie reżysera, że rozmawiamy o jakiejś filmowej awangardzie na miarę Dalego czy Buñuela, a nie o bardzo słabym bublu z ciekawymi charakteryzacjami i dobrymi zdjęciami (bo to bezsprzecznie w tych etiudach wybrzmiewało).

Gdy najwyższe na uczelni stanowisko sprawuje osoba nieposiadająca choćby minimalnej zdolności do samokrytyki, ciężko by szkoła stwarzała dobre i zdrowe warunki rozwoju. Osoba, która nie widzi własnych błędów ani błędów całej placówki, neguje istnienie przemocy, a najlepszym w jej mniemaniu rozwiązaniem problemu jest „nie chcesz to nie przychodź” (odsyłam do oświadczenia Grzegorzka w sprawie wizyty Polańskiego w Szkole Filmowej), nie powinna sprawować jakiejkolwiek władzy nad ludźmi. Władza w rękach takich osób może być wyjątkowo niebezpieczna, bo w najlepszym wypadku będzie polegała po prostu na odwróceniu głowy od problemu, w najgorszym – na byciu tego problemu bezpośrednim sprawcą.

Przykład idzie z góry

Dlatego cieszę się, że rektorką szkoły w Łodzi została osoba, która rozumie, że pewne tematy nie podlegają dyskusjom opartym o przerzucanie się przekonaniami. Każda osoba ma niezbywalne prawo do poczucia bezpieczeństwa i każda szkoła ma obowiązek to poczucie jej zapewnić. Cieszę się, że klimat w jakim się kształcimy zaczyna się powoli zmieniać, bo często naprawdę wystarczy jedna osoba z dobrze ustawionym kompasem moralnym i poczuciem odpowiedzialności, by odwrócić pewne zjawiska i zapobiec tragedii.

Mam wielką nadzieję, że objęcie stanowiska przez osobę nieskupioną wyłącznie na sobie samej i zwrócenie uwagi władz uczelni na rozgrywające się w ich placówkach ludzkie tragedie sprawi, że przestrzeń kształcenia się kolejnych pokoleń będzie bezpieczniejsza i mam przeczucie, że w bezpiecznym klimacie objawi się bardzo dużo nowych talentów, tłamszonych latami przez strach i przemoc. I wierzę, że będzie to początek polityki zerowej tolerancji dla przemocy na wszystkich polskich uczelniach szczególnie, że dyskusja odbiła się szerokim echem w całym filmowym środowisku, a z innych szkół filmowych posypały się deklaracje odnośnie braku zgody na przemocowe praktyki.

Mam nadzieję, że podobne deklaracje i idące za nimi czyny już niedługo będą stanowiły standard we wszystkich polskich placówkach i być może polskie uczelnie znów wrócą na czołówki rankingów europejskich uczelni. Bardzo rzadko bowiem dobre rzeczy rodzą się ze strachu.


[1] https://trybun.org.pl/2016/12/14/wciaz-otacza-nas-feudalny-swiat/

Sprawdź też!

Dodaj komentarz