Felieton: Mentalny breakdance

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

[trigger alert: myśli samobójcze]

Znowu nadszedł ten moment, jak w każdej innej poprzedniej pracy. Nie byłam w stanie zjawić się na zmianie ze względu na swoje choróbsko. O ile zawsze już teraz zaznaczam na starcie, że mam chorobę afektywną dwubiegunową i mojego nowo rozpoznanego szybkiego towarzysza motoryki, czyli ADHD – to zawsze niestety nadchodzi ten czas, że z uśmiechniętego ryja zmieniam się w oczach innych w kogoś z problemami psychicznymi. Nie da się chyba przeskoczyć tej troski, zmartwienia, czy może nawet rozczarowania ze strony osoby zatrudniającej. Po prostu od lat już wiem, że nie żyje mi się najstabilniej i często ma to wpływ na moją malutką karierę.

Kiedy siadam do napisania tego felietonu, jestem z siebie bardzo dumna. Od kilku tygodni nie udało mi się nic napisać. Prawda jest taka, że powinnam napierdalać pracę magisterską jak Małysz medale. Niestety mimo, że pozbierałam się już po traumatycznych wizualnie doświadczeniach – obejrzenie ton polskiego porno z lat 2000 – to nadal brakuje mi pary w dłoniach. I w móżdżku.

Zmiana leków i ciągłe zmęczenie powodują, że jedyne co bym najchętniej robiła to spała, albo ewentualnie najdalej leżała w łóżku. To też robiłam przez większość wakacji, kiedy byłam bezrobotna. Na szczęście teraz mam pracę w miłym miejscu i cieszę się, że stać mnie chociażby na to, żeby częściej korzystać z pomocy mojej ukochanej psychiatrki.

Co roku, 10 października obchodzony jest światowy dzień zdrowia psychicznego. W tym roku mogłam się dowiedzieć przy okazji tego święta, jak mało pieniędzy jest w Polsce przeznaczanych na ten sektor medycyny publicznej. Nie będę narzekać na to, że w Polsce nie przeznacza się pieniędzy na to na co trzeba, nie chcę. Wszyscy wiedzą – zwłaszcza po ostatnich dwóch latach – że Ochrona Zdrowia (nie służba) jest niedofinansowana tak bardzo skrajnie. Myślę, że każdy, kto kiedykolwiek próbował się umówić na terapię z NFZtu, wie jak długo trzeba czekać na miejsce w placówce (od roku do 4 lat na terapię indywidualną – informacja z doświadczenia). Niestety często jest też tak, że lekarze pracujący na fundusz zachowują się bardzo lekceważąco. Dotyczy to też niestety wielu lekarzy, którzy za wizytę liczą sobie po dwie stówy. Moja pierwsza płatna wizyta, pięć lat temu zakończyła się werdyktem: musi pani zmienić studia, ogarnąć się, no i boi się pani, że będzie pani złą matką. Pierwszy raz idziesz do kogoś kto ma ci pomóc, komu wydaje ci się, że możesz zaufać (chociaż niby czemu). Musisz tej osobie opowiedzieć całe swoje drzewo genealogiczne, traumy, wszystko najlepiej na szybciutko, bo godzina kosztuje cię przecież te dwie stówy. I dostajesz taką lutę na ryj. Później przez dwa lata nie byłam w stanie zapisać się na wizytę do żadnej osoby specjalizującej się w zdrowiu psychicznym. Wolałam się zabić, ale nie zrobiłam tego. Statystyki pokazują jak co roku ludzie nie wracają już do “higieny” zdrowia psychicznego, bo wybierają śmierć, niż czekanie na pomoc przez kilka lat.

10 października można było wszędzie zobaczyć mnóstwo artykułów i infografik przypominających o tym, że higiena zdrowia psychicznego jest ważna, że priorytetem nie może być twoja praca, twoje oceny, twoje zarobki… Ciekawa jestem jak uprzywilejowane są osoby, które mogą sobie pozwolić, żeby rzeczywiście najpierw zastanowić się nad swoim samopoczuciem, a nie pójść do pracy i wycierać łzy w kibelku.

Wracając jednak do jasnego światełka na końcu tunelu. Takiego, które nie oznacza śmierci. Tak naprawdę, co jest dosyć smutne, ale być może niekoniecznie najgorsze jest to, że w dużej mierze moja “higiena” zdrowia psychicznego zaczęła się, kiedy dostałam wsparcie od innych osób dookoła mnie. Kiedy przestałam czuć “stygmę”, “piętno”, “łatkę” osoby (cytuję): jebniętej, stukniętej, wariatki, histeryczki. Pamiętam ten żart, który ciągnął się za mną od podstawówki “hej chyba zapomniałaś dziś wziąć leków”. Wtedy jeszcze nigdy w życiu nie pomyślałabym, że będę codziennie rano brać ich całą garść, żeby móc sobie w miarę spokojnie iść przez dzień.

Więc to, że instytucje są niedofinansowane, a personel często woli dać końską dawkę xanaxu i jakiegoś przestarzałego antydepresantu – niech to zmusi nas wzajemnie do dbania o siebie dookoła. Na tyle na ile się da.

Całuję Was ciepło na te jesienne dni – jbc piszcie na @starz.dandruff na ig, a pogadamy i może ulepimy jakąś kulkę pocieszenia 🙂

 

Ciocia Klara

Sprawdź też!

Dodaj komentarz