House of Gucci

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Są takie filmy, które dobrze wyglądają tylko w zwiastunach. W przypadku House of Gucci można nawet odnieść wrażenie, że ten film w ogóle nie powstał jako pełnometrażowa produkcja, a jako zlepek fragmentów, które będą dobrze prezentować się w działaniach marketingowych. Ciężko stwierdzić o czym w ogóle ten film opowiada. Czy jest to historia domu mody? Nie. Dysfunkcyjnej rodziny? Nie. Nieudanego małżeństwa? Nie. Zabójstwa? Też nie.

Relacje międzyludzkie są ukazane tak płytko, że ciężko uwierzyć, że jest to historia ludzi, którzy się choćby w minimalnym stopniu znają. Wszelkiego rodzaju problemy czy uwikłania bohaterów w przeróżne sytuacje są potraktowane tak powierzchownie, że ciężko uznać je za część fabuły. Obrazu tego, jak za kulisami wygląda świat wielkiej mody też tu nie uświadczymy. Kryzysy relacji pojawiają się natomiast bez ciągu przyczynowo skutkowego, więc w większości sytuacji widzowie są pozostawieni z wrażeniem, że przespali jakieś istotne fragmenty filmu, co oczywiście przy jego tempie byłoby jak najbardziej usprawiedliwione. I nie chodzi mi o to, że powolny film nie może być wciągający – przeciwnie. Są filmy, których powolne tempo elektryzuje i sprawia, że śledzimy akcję w ogromnym napięciu. Żeby taki efekt wywołać potrzeba jednak naprawdę dobrego i w każdym calu przemyślanego scenariusza, bardzo dobrych aktorów potrafiących taki rodzaj kina pociągnąć i kogoś kto wie, jaką historię chce widzom opowiedzieć i co konkretnie chce swoim filmem przekazać.

Niestety w House of Gucci zabrakło wszystkich tych elementów. Z całym szacunkiem do Lady Gagi, która zagrała bezbłędnie – jedna osoba nie uciągnie całego filmu, szczególnie gdy jej rola nie jest nawet porządnie napisana. Jej akcent, ruchy, ubiór i wszystko to, co miało ją upodobnić do odgrywanej postaci nie wystarczą, by opowiedzieć tej postaci historię. Żeby jednak nie skopiować sposobu działania Ridleya Scotta, nie będę pisać dwudziestostronicowego eseju o jego filmie, wypunktuję jedynie 7 rzeczy, które według mnie są istotne przy opowiadaniu o nim i postaram się zrobić to zwięźle. Ale jak zwykle – ile osób tyle opinii, dlatego w żadnym wypadku nie daję tu sobie monopolu na opinię.

1. Jeśli widzieliście zwiastun to widzieliście cały film

Naprawdę. Nie zobaczycie więcej nic, co byłoby warte zobaczenia. Zwiastun dostarcza wszystkich informacji o filmie, pokazuje również wszystkie sceny, w których się cokolwiek dzieje. Oglądając go odhaczycie praktycznie cały film: obraźliwie pseudokomiczny akcent Jareda Leto – check; Al Pacino grający tę samą rolę co w poprzednich pięćdziesięciu filmach – check; Lady Gaga znakomicie odgrywająca rolę Patrizii Reggiani – check; Adam Driver patrzący na ludzi i rzeczy z półuśmiechem – check; Soundtrack złożony z chaotycznie dobranych i kompletnie nie pasujących do siebie nawzajem ani do ilustrowanych scen hitów muzycznych – check, praktycznie zero mody – check; jeden wielki chaos – check.

2. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o historii mody, to niestety nie tutaj

W 2,5-godzinnym filmie Scotta pojawia się JEDNA ciekawostka dotycząca JEDNEJ stworzonej przez dom mody Gucci rzeczy. JEDNA. Jeśli zatem chcecie wyciągnąć z tego filmu coś nowego, jeśli chcecie poznać jakieś modowe lub showbiznesowe „smaczki” – będziecie dość mocno zawiedzione/zawiedzeni. Dom mody Gucci to historia, ciężko z tym twierdzeniem polemizować. To historia mody, ale też rewolucji obyczajowej. We Florencji znajduje się muzeum Gucci, które miałam przyjemność odwiedzić z moim partnerem. W czasie, który zajęło nam przejście muzeum (jest dość małe), dowiedzieliśmy się tylu niesamowitych informacji na temat domu mody, członków i członkiń rodziny, związanych z nimi osób, wydarzeń i historii, że wydawałoby się, że oglądamy gotowy scenariusz filmu. Nawet mój chłopak, który modą za bardzo się nie interesuje, był absolutnie zafascynowany historią domu mody Gucci i chyba w żadnym odwiedzanym wspólnie muzeum nie widziałam w nim takiego zainteresowania.

https://www.instagram.com/p/B3NUvU1o0jT/

Dokładna i szczegółowa wycieczka po muzeum to ok. dwóch godzin (czyli ciągle mniej niż film Ridleya Scotta), a ten czas wystarcza na odkrycie kopalni wiedzy i obejrzenie ogromnej ilości pięknych ubrań i przedmiotów. Zrobienie z tej historii tak bardzo nijakiego filmu jest więc prawie godne podziwu. Okazuje się, że można tak dalece nie interesować się tematem własnej produkcji, by znudzić i zrazić do niego wszystkich dookoła. Zawsze mnie zaskakuje, jak często wystarczy po prostu mieć nazwisko, by dostać ogromne pieniądze na film, który nie posiada ani scenariusza, ani myśli przewodniej, ani sensu.

3. Lady Gaga jako Patrizia Reggiani jest wspaniała, ale to trochę za mało na cały film

Jak wspomniałam wyżej – sama Lady Gaga nie uciągnie całego filmu, szczególnie że chyba nawet ona do końca nie wie w jakim celu tę rolę odgrywa. Nie opowiada nic o Patrizii, jej życiu czy motywacjach. Nie odsłania głębi jej postaci, jej gra aktorska ani scenariusz nie dają nam nawet minimalnego poczucia, że oglądamy historię żywej, myślącej i czującej osoby. Widzimy jakąś wystrojoną panią, która mówi z dziwnym akcentem i na końcu płaci random typom za zabójstwo swojego męża. Dlaczego? Tak naprawdę do końca tego nie wiemy, bo twórcy filmu nie odkrywają przed nami żadnych jej uczuć ani motywacji, a to co nam pokazali wydaje się zbyt bezsensowne na motyw zabójstwa.

Patrizia Reggiani jest postacią o niezwykle barwnym życiorysie i podejrzewam, że mogłaby nadać temu filmowi charakteru, gdyby ktokolwiek chciał jej wysłuchać, zapytać co nią kierowało w konkretnych sytuacjach, co czuła, co myślała, dlaczego podejmowała konkretne decyzje. Mogłoby to nadać ton całej produkcji (szczególnie zważywszy na fakt, że Reggiani nie wydaje się żałować tego, co zrobiła i do dziś uważa się za dziedziczkę rodu). Ale co nam po tym, skoro twórcy filmu nie zrobili nawet tego totalnego minimum, jakim jest próba kontaktu z osobą, o której zrobili film? Brak jakichkolwiek konsultacji z osobami i najbliższymi osób, których historie opowiadają, jest tak absurdalnie amatorskim posunięciem, że ciężko w ogóle w uwierzyć, że to prawda. Znowu wychodzi tu kompletny brak zainteresowania reżysera, który skupił cała swoją uwagę na głośnych nazwiskach i działaniach promocyjnych, a nie na historii, którą próbuje opowiedzieć.  Sam fakt, że Gaga włożyła w przygotowanie do swojej roli 10x więcej pracy i energii niż Ridley Scott w cały swój film, mówi sporo o tej produkcji.

LONDON, ENGLAND – NOVEMBER 09: Lady Gaga attends the UK Premiere Of „House of Gucci” at Odeon Luxe Leicester Square on November 09, 2021 in London, England. (Photo by Samir Hussein/WireImage)

4. Po seansie dalej nie wiemy nic o Patrizii Reggiani, jej życiu, doświadczeniach i motywacjach

Ridley Scott i odpowiedzialny za scenariusz Roberto Bentivegna nie odkrywają przed nami żadnych kart z jej historii, o których nie można przeczytać w dwuzdaniowym opisie jej osoby na Wikipedii: „Patrizia Reggiani jest włoską bywalczynią, która została skazana w szeroko nagłośnionym procesie o wynajęcie zabójcy do zabicia jej byłego męża Maurizio Gucci. Została nazwana „Czarną Wdową” przez włoską prasę za spiskowanie w sprawie morderstwa jej męża”[1].

Tyle mówi Wikipedia i dokładnie tyle mówią nam o niej twórcy filmu w prawie 3-godzinnym filmie. Serwują nam doskonałą imitację jej wyglądu i akcentu, ale zapominają przy tym podzielić się z nami tym, jaki dokładnie miał być cel tych powierzchownych zabiegów. Tyle samo bowiem wyniosłabym z seansu, gdyby Lady Gaga upodobniona charakteryzacją i make-upem do Patrizii Reggiani, odczytała swoim wyuczonym akcentem-imitacją powyższy opis z Wikipedii. Dowiedziałabym się dokładnie tyle samo, a przynajmniej nie straciłabym 3 godzin, wliczając w czas trwania seansu reklamy. Na litość, ten film nie nadrabia nawet wizualną stroną, co przy takim budżecie wydaje się być wręcz komiczne.

5. Zero napięcia

Kulminacyjnym momentem filmu jest zabójstwo jednego z głównych bohaterów. Opowiadanie historii, której zakończenie jest widzom z góry znane, to zawsze dość ryzykowny zabieg. Nieraz jednak w historii kina pokazano, że da się to zrobić tak, że do ostatniej sekundy widzowie nie wiedzą czego się spodziewać. W House of Gucci nie ma jednak żadnego napięcia, film nie budzi żadnej ciekawości związanej z tym, jak potoczą się losy bohaterów. Po doświadczonych twórcach można oczekiwać, że zbudują napięcie adekwatne do fabuły nieuchronnie zmierzającej w kierunku płatnego zabójstwa, że będą stopniować intensywność doznań i powoli, krok po kroku odsłaniać przed nami kolejne nieznane i nieoczekiwane karty tej historii. Niestety wychodzimy z pustymi rękoma. Nie ma ani napięcia, ani żadnych kart historii – znanych czy nieznanych.

Ten film jest najzwyczajniej w świecie po prostu o niczym, aczkolwiek przypomniałam sobie teraz, że pojawia się w nim mały segment poświęcony krowom hodowanym specjalnie na skórę do produktów Gucci, także jednak film dostarcza nam DWÓCH ciekawostek. Od wielkobudżetowej produkcji opowiadającej o kultowym domu mody mamy prawo oczekiwać porządnego kina. Dobrego scenariusza, napięcia, historii, a przede wszystkim – mody. Ten film okazał się jednak jedną wielką wydmuszką, która jest wyjątkowo ciężkostrawna w formie dłuższej niż trzy trailerowe minuty.

6. Udawane akcenty przestały być śmieszne z 10 lat temu

Jeśli widziałyście/widzieliście ultracringe’owy występ Gigi Hadid na gali AMA (American Music Awards), podczas którego nieudolnie imitowała akcent Melanii Trump, to pewnie zrozumiecie co mam na myśli. Gigi próbując swoich sił w żartach politycznych skierowała śmiech kompletnie nie w tę stronę, w którą powinien on zostać skierowany. Obśmiany miał zostać nieudolny mężczyzna u władzy, bo to niechęć do niego była motorem żartu/gagu. Tymczasem – jak to zwykle w świecie bywa – oberwało się tego mężczyzny partnerce. Co więcej, nie oberwało jej się nawet za swoją bierność, poglądy czy działania, a za akcent. Zupełnie tak, jakby nie czyny, a władanie angielskim jako drugim językiem było powodem do wstydu i idealną bazą do obśmiania i upodlenia drugiej osoby. Myślę, że nie odkryję tutaj żadnego nowego lądu, kiedy powiem, że nie tędy droga. Pochodzenie nie jest powodem do śmiechu, a akcent w języku jest niezbywalną częścią naszego pochodzenia. Podobnie ma się kwestia w przypadku używania wyolbrzymionych akcentów w tym filmie. Nie wiem dlaczego twórcy zdecydowali się na ten pseudokomiczny zabieg. Nie mam pojęcia co miał on wnieść do filmu, ani jaki był jego cel, poza ewentualnym urozmaiceniem nudnej jak flaki z olejem fabuły. Tego typu zabieg jest pójściem po linii najmniejszego oporu, no bo co najlepiej zrobić, gdy nie ma się fabularnie nic do zaoferowania? Pójść w komedyjkę. Niech się gawiedź pośmieje, to może przy okazji nie zwrócą uwagi na to, że wydali kasę na film o absolutnie niczym. Serio, jakbym chciała pooglądać nabijanie się z akcentów, włączyłabym sobie rakotwórcze gagi Gigi Hadid z AMA. Te akcenty zresztą, zbyt komiczne i zbyt nastawione na rozbawienie widza zamiast skupienie się na powadze sytuacji, psują kompletnie klimat filmu i zaburzają jego odbiór. Nie wiadomo czego reżyser od nas chce, jakiej reakcji oczekuje, jaką reakcję chce wywołać.

Połowę filmu zamiast na fabule, skupiałam się na rozkminianiu dlaczego w tym filmie włosi mówią po angielsku z włoskim akcentem. Skąd się wziął ten pomysł w amerykańskim kinie, że wystarczy amerykańskich aktorów nauczyć sztucznego akcentu, żeby mieć gotowy film o włoskiej, rosyjskiej, niemieckiej czy brazylijskiej postaci? Skoro reżyser rysuje przed nami świat, w którym we Włoszech mówi się po angielsku, to niech się tego chociaż konsekwentnie trzyma i po prostu oddaje nam świat, w którym postacie mówią takim akurat językiem. Dodawanie do tego akcentu jest śmieszne i nie ma absolutnie żadnej funkcji, poza ewentualnym obśmianiem osób mówiących z akcentem, bo niestety w większości przypadków takie udawane akcenty – pomimo najlepszych intencji – kończą jako nieśmieszny i obraźliwy żart. Największe zastrzeżenie w tej kwestii mam oczywiście do roli Jareda Leto i, o ile się orientuję, nie jestem wyjątkiem.

Pytanie więc: czy Ridley Scott chciał nam pokazać, że włosi to idioci nie umiejący mówić po angielsku i zachowujący praktycznie 1:1 włoskie zasady wymowy podczas posługiwania się innym językiem, do przesady kładąc nacisk na przedostatnią sylabę? Czy może chciał pokazać, że amerykanie to egocentryczni idioci, którzy nie potrafią się nauczyć innego języka i wydaje im się, że dorzucenie do swojego języka akcentu innego jest równoznaczne ze znajomością tego drugiego? To trochę jak mówienie do obcokrajowców po polsku, ale BARDZO WOLNO I GŁOŚNO. Udawane akcenty to generalnie dość grząski grunt i wchodzenie w tę konwencję nie mając dla niej konkretnych motywacji jest zawsze mocno ryzykowne. A w tym wypadku było przede wszystkim kompletnie niepotrzebne.

7. House of Gucci uczy nas trzech rzeczy:

1. Lady Gaga jest naprawdę dobrą aktorką;

2. Adam Driver jest hot nudziarzem z trzema minami w wachlarzu swoich umiejętności;

3. Ridley Scott ma w dupie modę

Do House of Gucci chyba najbardziej zniechęca to, że reżyserowi nie chciało się choćby minimalnie zgłębić historii, którą nieudolnie próbuje pokazać na ekranie oraz fakt, że sam do końca nie wie, po co w ogóle po tę historię sięgnął. Scott zaserwował nam dwu i półgodzinną laurkę dla Lady Gagi i opowieść o tym, jak bardzo nie obchodzi go moda, dom mody Gucci ani scenariusz własnego filmu. Dla mnie jest to film o kompletnym znudzeniu i wypaleniu reżysera, z którego już dawno pozostało tylko znane nazwisko. Jeśli faktycznie chciał pokazać modzie środkowy palec, to nie mógł zrobić tego lepiej niż przydługą i nudną opowieścią o niczym. Szkoda tylko, że nikt inny nie weźmie się teraz za tę historię porządnie. No i szkoda starań Lady Gagi. Jeśli Patrizia Reggiani faktycznie zdecyduje się pozwać Scotta, to jak dla mnie super. You go, girl, proces będzie na pewno milion razy ciekawszy niż ten film.

[1]                      https://en.wikipedia.org/wiki/Patrizia_Reggiani, dostęp: 10.01.2022

Sprawdź też!

Dodaj komentarz