prekariat definicja

Życie prekariuszki vol. 2

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Zacznę od marzenia o tym, że przymus ekonomiczny kiedyś się skończy. Może wtedy każdy będzie miał więcej czasu na przyswajanie empatycznych wzorców, na czytanie filozoficznych rozpraw, tekstów kultury. Na coś, co spowoduje, że wszyscy będą chcieli być traktowani równościowo i nie będzie prestiżu pracy lub wyścigu o stołek. Wszyscy będą mieliby czas na rozwój, polepszanie jakości życia swojego i swoich bliskich, angażowanie się w coś więcej niż praca i sen, który daje im energię na jeszcze więcej pracy.

Otóż, nie jest tak i każdy kto nie rozumie, że posiadanie czasu na wiedzę to przywilej, niech rozważy swoje poglądy. Miejsca pracy tyrają ludzi. Tata bananowego Maty nadal jest w stanie napisać, że kilkanaście godzin pracy to norma, a każdy inny „leń” nie jest wart uznania. Może kiedy to twój intelekt się gimnastykuje i nadwyręża, a nie kręgosłup i kolana. Jest przecież tak, że żeby ten intelekt się panoszył w czyjejś głowie, to gdzieś indziej zmęczone kończyny muszą mu dostarczyć pożywienie, prąd i ciepło. Wie o tym zapewne każde dziecko, które kiedyś usłyszało od rodziców „ucz się, bo będziesz rowy kopać”.

Pracoholizm to może swego rodzaju wybór, może też nim absolutnie nie być. Nadgodziny to czas, w którym powinno dostawać się 200% stawki godzinowej, ale kto z nas ma umowę o pracę i na tyle odpowiedzialne szefostwo, żeby się z nimi o to spierać bez ryzyka zwolnienia. Najczęściej trzeba pracować tak dużo, żeby móc się utrzymać na powierzchni.

Mój tata często pytał, gdzie mam te pieniądze co je zarobiłam. Nie mam. Ja tylko chciałam gdzieś wyjść raz na jakiś czas, bo w końcu zarabiam ciut więcej. Moja mała iluzja bogactwa. Oczywiście. Złapałam się na marzeniu o tym, żeby zabrać moją ukochaną na kolację, żeby kupować jej prezenty jak już mam swoje pieniądze. Żeby zacząć smaczniej jeść i zdrowiej, żeby kupować bardziej bioprodukty. Po miesiącu okazało się, że z moimi zdolnościami ekonomicznymi muszę się bardziej wysilić. Bez pracy, nie ma kołaczy. Nikt już nawet nie chce tych „kołaczy”, tylko miłego życia z czasem wolnym dla siebie.

prekariusz kto to

To nie jest felieton o inflacji, ani o dużych czynszach. Chciałam napisać głównie o tym jak bardzo rozczarowujący są ludzie prowadzący biznesy. Nie wszyscy, ale większość. Jak miejsca, które uważane są lewackie nie potrafią zapłacić osobom pracującym zasłużonej godzinówki. Jak przemocowi szefowie wyżywają się na lojalnych pracownikach, wywołując u nich dyskomfort, łzy czy syndrom sztokholmski.

Kiepsko, że nadal ludziom pracującym, zwłaszcza w gastronomii, te prawne informacje są mało dostępne albo zakłamywane. Osoby zarządzające swoim kwitnącym biznesem mają pewne zobowiązania regulowane prawnie i muszą się z nich wywiązywać. Nie robią tego.

Pracuję 8 lat w gastronomii, a do emerytury odkładałam podczas 3-miesięcznego okresu pracy na umowie o pracę. Teraz szukam miejsca, w którym będę się mogła poczuć jak osoba dorosła potraktowana poważnie, a nie tak samo jak wtedy, gdy miałam 17 lat i pracowałam za 6 zł na godzinę; na umowę słowną.

Walczmy o podwyżki, albo chociaż o minimalne płace, skoro nawet to nie jest respektowane. Pandemia zacisnęła pasek chęci walki w wielu kwestiach, a oszczędzanie stało się prawie niemożliwe. Prekariat at its finest. Kogo stać jeszcze na pizzę z zamrażarki, o której pisała Zofia Krawiec i jak bogato zbilansowaną dietę może nam to dać? Odporności nie lepi się Actimelem, który i tak był zawsze za drogi.

Ciotka Klara @starz.dandruff

Sprawdź też!

Dodaj komentarz