Jak rząd przerzuca swoje obowiązki na barki obywateli i obywatelek

Znacie to uczucie wstydu i złości na same_ych siebie, gdy wypakowujecie zakupy i orientujecie się, ile w nich plastikowych opakowań, podczas gdy nasza planeta powoli zmienia się w jedno wielkie wysypisko? Kiedy kupujecie ubrania modowych marek fast fashion, które zalewają planetę toksynami i chemikaliami z barwników, a do produkcji swoich ubrań wykorzystują ludzi wykonujących niewolniczą pracę? Gdy lecicie samolotem na wakacje, wiedząc jak bardzo zwiększa to wasz ślad węglowy? Albo gdy wyrzucacie resztki jedzenia, podczas gdy w wielu zakątkach świata ludzie umierają z głodu? To, że my – zwykli ludzie – czujemy złość na siebie za napędzanie kryzysów ekologicznych czy humanitarnych, jest w dużej mierze wynikiem działań najbogatszych, ogromnych koncernów, polityków i nieudolnych rządów.

Nasze codzienne wybory są kroplą w ocenie w porównaniu z niewyobrażalnymi szkodami, które wyrządzają bogaci – latając wszędzie wielkimi, prywatnymi samolotami, korporacje – zanieczyszczając atmosferę i środowisko naturalne lub wycinając lasy i niszcząc ekosystem i rządy, które w wielu przypadkach nie potrafią lub zwyczajnie nie chcą wprowadzać jakichkolwiek działań na rzecz poprawy jakości naszego życia, o ile nie uznają tego za opłacalne dla samych siebie. Bogaci od wieków przerzucają winę i odpowiedzialność na osoby, które nie mają realnego wpływu na poważne, światowe kryzysy. Oddelegowują zwykłych ludzi by ginęli na wojnach o zasoby, na których później sami się bogacą. Podtrzymują narrację, która sprawia, że to my czujemy odpowiedzialność za każdy jeden śmieć, który nie nadaje się do segregacji albo za niewystarczającą – w naszym mniemaniu – pomoc okazaną ludziom uciekającym przed wojną lub innym kryzysem, który wywołują właśnie bogaci. Ci, którzy mogliby z dużą łatwością naprawić to, co wpływa głównie na nasze życia, bogacą się na naszym cierpieniu i zmęczeniu, jednocześnie podtrzymując propagandę „wspólnej” odpowiedzialności za kryzysy, przy czym sami nie biorą żadnego aktywnego udziału w próbach naprawy sytuacji.

W ostatnim czasie dużo mniej skupiamy się na problemach związanych z klimatem i środowiskiem naturalnym, bo naszą uwagę pochłania prawie w całości wojna w Ukrainie. Będąc na granicy złapałam się na analizowaniu ilości odpadów i plastiku, tak jakby znowu była to nasza wina, że osoby uchodźcze potrzebują najróżniejszego typu produktów (które zresztą i tak by kupiły w swoim kraju, gdyby nie tocząca się w nim wojna). (Prawie) wszyscy i wszystkie ruszyliśmy do pomocy i jest to wspaniały i wzruszający zryw solidarnościowy. Oferujemy osobom przekraczającym naszą granicę to, co możemy: swój czas, mieszkania, środki transportu, pieniądze, ubrania, produkty spożywcze, elektronikę, leki, artykuły higieniczne. Niezbędne rzeczy, na które wydajemy swoje własne pieniądze, często kosztem komfortu własnego, który aktualnie spadł w systemie naszych wartości na dalszy plan. Ludzie uciekają przed wojną, więc jesteśmy w stanie obyć się bez jedzenia na mieście, nowej sukienki czy książki, żeby kupić im podstawowe produkty – to logiczne. Ludzka solidarność w obliczu wojny w Ukrainie jest naprawdę poruszająca i jestem dumna z nas (prawie) wszystkich, bo pokazaliśmy, że potrafimy działać ramię w ramię ponad dzielącymi nas na co dzień różnicami w poglądach. Ale jedno pytanie nasuwa mi się nieodzownie, gdy rozmyślam nad skalą pomocy, której (prawie) wszyscy i wszystkie udzielamy obecnie osobom uchodźczym, mianowicie: GDZIE DO CHOLERY JEST NASZ RZĄD?

via: Tygodnik Nie

Polska bez rządu to Polska zjednoczona

Wojna w Ukrainie trwa już trzeci tydzień, a pracy przy działaniach pomocowych jest tak dużo, że większość z nas zwyczajnie nie ma czasu przyglądać się temu, co robi (a raczej czego nie robi) w tym temacie polski rząd. Pomiędzy pracą zarobkową i wolontariacką, pracami domowymi, zajęciami dodatkowymi i bieżącym śledzeniem informacji dotyczących wojny, rząd i jego istnienie spadają na bardzo odległy plan. Ciężko jednak nie zadać sobie pytania, dlaczego to my – zwykłe osoby, niewyszkolone do rozwiązywania kryzysów humanitarnych i zarabiające dość niewiele w zestawieniu z ogromnymi podwyżkami cen wszystkich niezbędnych produktów – trzymamy tę pomoc w ryzach? Jeśli byśmy wszyscy teraz odpuścili, osoby uchodźcze zostałyby z niczym. Nie otrzymałyby praktycznie żadnej pomocy – opiekuńczej, prawnej, medycznej, finansowej, noclegowej, transportowej… Tak, pociągi odjeżdżają regularnie z Przemyśla, ale dopóki nie zostały one uruchomione i dopóki transportowa infrastruktura nie ruszyła na tyle sprawnie, by osoby z Medyki przewozić do Przemyśla regularnymi autobusami, ta kwestia zostawała w rękach ludzi. Nie wiem nawet jak pomoc „z góry” wygląda na innych, mniejszych przejściach granicznych.

A przecież to nie jest tak, że osoby w rządzie nie wiedziały, że wojna nadchodzi. Nasz ulubiony premier, nie potrafiący nawet zacytować bez tysiąca błędów najbardziej chyba znanej w Polsce fraszki, zdążył przecież nawet odsprzedać swoje działki, które – jak wiadomo – w czasie wojny straciłyby na wartości. Tzn. przepraszam, oczywiście oficjalnie zrobiła to jego żona, z którą zaskakująco wygodnie mają akurat rozdzielność majątkową – cóż za zbieg okoliczności (swoją drogą odkupiła je spółka zarejestrowana 10 miesięcy przed transakcją). Nie zrobiła tego przecież w momencie rozpoczęcia wojny lub po jej wybuchu, prawda? Dobitnie wskazuje to na fakt, że osoby rządzące miały pełną świadomość tego, co się szykuje już od wielu miesięcy. Miały więc czas przygotować pomocową infrastrukturę na przejściach granicznych i w miastach. Miały czas zapewnić pomoc medyczną, transportową i prawną, żywność, produkty higieniczne, miejsca noclegowe i wsparcie w miastach, do których osoby z Ukrainy trafiają. Miały czas, by opracować strategię działań pomocowych i ustawy niezbędne teraz do wielopoziomowej pomocy, nad którymi zresztą prace powinny ruszyć już bardzo dawno temu – wszyscy wiedzieliśmy, że wybuch tej wojny to tylko kwestia czasu. Dlaczego tego nie zrobili? Bo ich własne interesy są dla nich jedyną interesującą kwestią.

Potrafią w parę dni przygotować poprawną ustawę tylko wtedy, gdy mówi ona o podwyżkach dla nich samych lub unikaniu przez nich odpowiedzialności za własne błędy. I oczywiście wiem – tak samo dobrze jak i wy – że ten rząd nigdy nic nie robi dobrze. Więc może to i lepiej, że faktyczna pomoc nie leży w ich gestii, bo czego się nie dotkną to spierdolą tak, że każdy śmietnik przy efektach ich pracy wydaje się czyściutki jak laboratorium. Ale, do cholery, po to płacimy im podatki z własnych, śmiesznie małych zarobków, żeby robili to, co do nich należy. I teraz, w obliczu wojny i ogromnego kryzysu humanitarnego, ta bierność i brak jakichkolwiek umiejętności niezbędnych na zajmowanych przez nich stanowiskach, są naprawdę wyjątkowo niesmaczne i najzwyczajniej w świecie wkurwiające.

Mówienie o pomocy to nie to samo, co faktyczna pomoc

W momencie, kiedy my wszyscy wypełniamy praktycznie po dwa (lub więcej) etaty, z czego jeden jest nieodpłatną pomocą ludziom dotkniętym najgorszą możliwą sytuacją, której można doświadczyć, politycy potrafią tylko przebąkiwać coś o solidarności i humanitarności, biorąc na siebie zasługi osób robiących za darmo to, czym powinien już dawno temu zająć się rząd.

Wolontariusze i wolontariuszki na przejściach granicznych są wycieńczeni i wycieńczone pracą, zimnem, głodem i emocjami, które tej pracy towarzyszą. Organizacja jest kiepska, bo mało kto jest tam wystarczająco długo, by poprawnie zarządzać setkami osób zjawiającymi się do pomocy każdego dnia. Na miejscu nie ma odgórnej pomocy. Funkcjonuje wyłącznie ta oddolna i funkcjonuje naprawdę najlepiej jak może w takiej sytuacji. Lekarze, lekarki, pielęgniarze, pielęgniarki, medycy, medyczki, lekarze i lekarki weterynarii – ci ludzie nie powinni musieć pracować za darmo w koszmarnych warunkach, by ratować ludzkie życia. Nie powinni być zostawieni z tą pomocą sami i same sobie.

Podobnie rzecz ma się w przypadku prawników, prawniczek, kierowców, kierowczyń, kucharzy, kucharek i wszystkich innych osób, które teraz masowo ruszyły do pomocy, łącznie z tymi wykonującymi najbardziej niewdzięczne prace przy pakowaniu, sortowaniu, rozpakowywaniu i przewożeniu rzeczy. Wszystkie pomagające osoby muszą poza tym mieć z czego się utrzymać. Nie jesteśmy w stanie poświęcić całego życia na nieodpłatną pomoc. I chociaż ta dobrowolna, darmowa pomoc ogromnie wzrusza i grzeje moje serduszko, nie damy rady jako naród pociągnąć jej w perspektywie kolejnych miesięcy i lat. I nie powinniśmy musieć tego robić, ani martwić się co się stanie, kiedy się wypalimy.

Nie powinniśmy czuć na sobie odpowiedzialności za ludzkie życia, gdy nasza wolontariacka praca jest na ten moment jedyną wykonywaną w celu pomocy osobom uchodźczym. Nie powinniśmy katować się tym, że wydamy pieniądze na coś innego niż pomoc lub gdy zdecydujemy się pojechać na wakacje, zamiast spędzić urlop na granicy. Nie powinniśmy siedzieć w pracy i myśleć o tym, że nie robimy wystarczająco dużo. Bo to nie my mamy w rękach całe zasoby kraju, które są w tej chwili niezbędne do zarządzania kryzysem. A „podziękowania” od premiera Morawieckiego (który nawet na sekundę nie zjawił się na żadnym przejściu granicznym, bo najdalej jego limuzynka zajechała do Rzeszowa) za pomoc w walce z kryzysem humanitarnym, są w tej sytuacji naprawdę gówno warte. Sam zresztą w swoich dziękczynnych i pochwalnych tweetach mówi o pomagających z dużym dystansem, jak o grupie, której nie jest częścią i która działa osobno od niego i jego rządu. Znamienne.

Rządowy pakiet pomocy symbolicznej 

Kiedy my wykańczamy się psychicznie i fizycznie, nasz rząd robi absolutnie najmniejsze z najmniejszych minimum. Pomoc, którą zapewnił Ukrainie jest symboliczna. Specustawa, która godzinami przechodziła przez poprawki opozycji, zapewnia dokładnie tyle – najmniejsze z najmniejszych minimum. „Ustawa legalizuje na 18 miesięcy pobyt uchodźców z Ukrainy w Polsce. Pozwala nadać Ukraińcom numer PESEL, a to da możliwość przyznania im różnych świadczeń. Będą mogli m.in. korzystać z profilu zaufanego, będą mieli prawo do pracy i świadczeń rodzinnych oraz jednorazowo wypłacanego 300 zł. Ukraińscy uchodźcy zyskają dostęp do służby zdrowia i refundacji leków, zaś lekarze i pielęgniarki będą mogli wykonywać w Polsce swoje zawody”[1]. Gdy zachodnie kraje zdążyły rozważyć wiele różnych wariantów sytuacji mogących zajść podczas kryzysu, polski rząd ograniczył się do łaskawego pozwolenia na pobyt w naszym kraju i pomoc finansową, która bardziej śmieszy niż żenuje.

Przykładowo: w wielu krajach czerpanie korzyści z kryzysu humanitarnego jest przestępstwem nie tylko w rozumieniu moralnym, ale i karnym. Tymczasem wiele hoteli w południowej Polsce, zaraz po rozpoczęciu przekraczania przez osoby z Ukrainy granicy, podniosło ceny. Kryzysy zawsze wyciągają z ludzi tylko najlepsze i najgorsze cechy, jakby nie było nic pośrodku. Co mocno cieszy i napawa dumą, z większości osób w naszym kraju wyszło na szczęście to, co najlepsze, ale jak zwykle nie brakuje też szerzącego się zewsząd cwaniactwa. Takie zachowania powinny być ukracane i karane, a nie pozostawiane same sobie. Ciągle nie powstał też żaden system do sprawnej rejestracji osób uchodźczych, co sprawia, że nie wiadomo co się z wieloma z nich dzieje. Brak takiego systemu sprzyja też najróżniejszym patologiom, a jedyne narzędzie jakim dysponują urzędniczki i urzędnicy zajmujący się rejestracją to Excel, w którym mogą zapisać nazwiska i ew. numery rejestracyjne kierowców wiozących dane osoby w głąb Polski.

Na warszawskim Torwarze, gdzie jest obecnie największy punkt recepcyjny dla osób uchodźczych z Ukrainy (koordynowany rzecz jasna przez wolontariuszy i wolontariuszki), sytuacja jest tragiczna. Są pierwsze przypadki COVID-19, brakuje miejsca na przechowywanie rzeczy i posiłków, rękawiczek jednorazowych, maseczek i leków. Dworce kolejowe w dużych miastach są po brzegi wypełnione zziębniętymi, zmęczonymi i głodnymi ludźmi. Brakuje rąk do pracy i pomocy przy radzeniu sobie z taką liczbą ludzi. Podobnie jest we wszystkich innych punktach zbiorczych. Wolontariuszki i wolontariusze są z tym kryzysem pozostawieni sami_e sobie, już teraz wycieńczeni i wycieńczone ogromem pracy fizycznej i psychicznej, którą muszą wykonywać z poczucia, że jeśli nie oni to kto?

Samochwalstwo +

Osoby uchodźcze powinny mieć zapewnioną realną pomoc od państwa, a nie spoczywać na łasce lub niełasce obywateli i obywatelek. Pomoc nie jest naszym obowiązkiem, ani naszą pracą. Niesienie jej jest niezwykle istotne i potrzebne, ale nie jesteśmy w stanie udźwignąć jej długofalowo w takim stopniu, w jakim możemy ją nieść obecnie, na samym początku. Już teraz duża część osób jest wykończona, wiele z nas nie ma już pieniędzy na pomoc materialną lub choćby dojechanie do granicy, by pomagać tam (biorąc pod uwagę aktualne ceny benzyny). To, że jakieś 90% rzeczy, które na granicy i w różnych punktach pomocowych czekają na osoby uchodźcze, to rzeczy kupione/oddane i dostarczone przez nas, to kompletny upadek rządu i dowód na jego absolutną nieudolność.

Prezydent i politycy z chęcią szafują takimi słowami jak „solidarność”, „pomoc” czy „wspólnymi siłami”, chętnie też przyjmują pochwały za niesamowicie sprawną pomoc i ogromny odzew Polek i Polaków w obliczu kryzysu, ale wszystkie zasługi, które biorą na siebie i wszystkie opowieści o solidarnych działaniach i pomocy wspólnymi siłami naszym wschodnim sąsiadom i sąsiadkom, nie mają z nimi nic wspólnego. Rządowe działania dotyczące pomocy Ukrainie bardzo dobrze podsumował zresztą poseł Patryk Jaki. Podczas konferencji prasowej dotyczącej sytuacji w Ukrainie stwierdził: „Ukraina potrzebuje dzisiaj pomocy, ale potrzebuje prawdziwej pomocy – w słowach, a nie w czynach”. Tym samym logiczne staje się, że rząd tak chętnie przyjmuje wszelkie pochwały za pomoc Ukrainie i uciekającym z niej osobom. W końcu to właśnie ich pomoc jest tą prawdziwą. W słowach,  a nie w czynach.

I ok, niech się podpinają pod nasze działania i pozują do zdjęć z darami podniesionymi na chwilę ze sterty rzeczy przywiezionych przez ludzi dla osób przekraczających granicę (bo przecież w limuzynie ani otaczającym ją kordonie samochodów nie zmieści się nawet paczka pieluch, wiadomo, no więc jak niby bidulki miałyby przywieźć coś ze sobą). Sama ta obłuda i hipokryzja rządzących naszym krajem nikogo chyba nie dziwi i nie robi aż takiego wrażenia. Ale fakt zerowego prawie zaangażowania i kompletnego oderwania od rzeczywistości, w której żyjemy, są już naprawdę niebezpieczne. Wojna w Ukrainie nie jest jakimś odległym wydarzeniem, podczas którego wystarczy przebąknąć coś o solidarności i włożyć w poły marynarek kolorową wstążeczkę na czas obrad sejmowych. To niezwykle poważna i niebezpieczna sytuacja, która dotyczy nas wszystkich. Putin nie stanowi zagrożenia wyłącznie dla Ukrainy, gdyby tak było wojska całego świata „solidaryzującego się w obliczu tragedii” już dawno zostałyby wysłane na pomoc. Skoro naszego rządu nie ma już teraz, gdy wystarczy wyjąć część pieniędzy podatników i podatniczek z własnych kieszeni i przeznaczyć na realną pomoc, to co wydarzy się w obliczu poważniejszej sytuacji, która ciągle pozostaje realnym scenariuszem?

Wojenna zasłona nieudolności

Nasz bezużyteczny i absolutnie nieudolny rząd nie przygotował nawet minimalnych funduszy na ciepłe posiłki i herbatę, a co tu dopiero mówić o organizacji mieszkań czy miejsc pracy dla osób, które zostaną u nas przez co najmniej kilka/kilkanaście lat, zakładając tylko czas wojny i odbudowy ich bombardowanego obecnie kraju. Każda z tych osób chce odzyskać poczucie sprawczości i samodzielności. Jak mają to zrobić, nie mogąc znaleźć pracy, bo np. nie stać ich na kurs nauki języka? Oczywiście możemy się cieszyć, że osoby, które do nas przyjadą załatają nam dziury w gospodarce, ale jak mają to zrobić nie mając ku temu przemyślanych rozwiązań, nie znając języka, specyfiki rynku, podstaw prawnych? Mamy się godzić na ich wyzysk i w imię własnych korzyści żerować na tym, że nie mają innej opcji? Nasi politycy i polityczki (z małymi wyjątkami) żyją sobie wystawnie i wygodnie za nasze pieniądze, nie czując choćby minimalnych wyrzutów sumienia. Za to my czujemy je podwójnie, kiedy nie jesteśmy w stanie kupić wystarczającej liczby produktów, żeby jedzenia starczyło dla wszystkich.

Na granicy rozmawiałam z Anniką Hirvonen, europarlamentarzystką i członkinią szwedzkiej partii Zielonych, która powiedziała mi, że Szwecja jest już gotowa na przyjęcie osób uchodźczych. Że wyciągnęła wnioski z kryzysu migracyjnego w 2015 i przygotowała się na kolejny. Jak widać można. Więc jak to możliwe, że w kraju graniczącym z potencjalną wojną nikt nie przygotował choćby szkieletu działań, które z dużym prawdopodobieństwem miały wydarzyć się w najbliższej przyszłości? Zostaliśmy bez przemyślanej pomocy i działań rządu, zdani sami i same na siebie, z przytłaczającym poczuciem, że gdy nie będziemy mogli pomóc ludzie po prostu umrą. Co im po tym, że będą mogli przekroczyć granicę, jeśli dalej zostaną sami? A przecież gdyby nie działania prywatnych ludzi, tak by właśnie było. Osoby z Ukrainy przekroczyłyby granicę i stanęły na środku pustego miasta.

Nasz rząd zachowuje się jak naiwne dziecko, które myśli, że wszystko „jakoś się samo rozwiąże”. Ktoś inny się tym przecież zajmie i po problemie. Po co sprzątać, skoro mogę nie robić tego tak długo, aż mama zrobi to za mnie ze zwykłej bezsilności? Proste. Rządzący tym krajem z kartonu jakby skurczyli się w sobie i kompletnie zniknęli ze sceny. W ostatnich latach regularnie wypowiadali się w każdym możliwym temacie, co miesiąc tworzyli kolejne, niechlujne i pełne błędów ustawy, przekrzykiwali się w przerzucaniu opinii. Nagle zabrakło im mowy? Czasu antenowego? Pewności siebie? Bezczelności? A może po prostu stworzyli ten „tydzień ciszy”, jako wyraz głębokiej autorefleksji, a raczej dobrego PR-u?

Nie jest tajemnicą, że gdy tak milczą, a Polska na arenie międzynarodowej zdobywa coraz większy szacunek za swoją ofiarność i bezinteresowną pomoc, zyskują właśnie oni. Nagle jakby w niepamięć poszły ich działania zmierzające ku odbieraniu nam podstawowych praw i wolności,  niszczenie przez nich środowiska, rynku nieruchomości, rynku pracy. Jak tu wyciągać temat niepraworządności polskiego rządu, gdy Polska tak dzielnie stawia czoła kryzysowi humanitarnemu?

Prawa człowieka niezgodne z polską Konsytucją 

„(…) Możemy wprowadzić do naszych rozważań pojęcie „narrations of primary potency” na określenie dominujących na skutek okoliczności opowieści o rzeczywistości, opowieści unieważniających opowieści poprzednio, wcześniej dominujące. Jest to strategia nierzadko stosowana i niesłychanie użyteczna dla jej użytkowników. I tak np. obecna (marzec 2022 r. w Polsce) opowieść o wojnie i podobno niesłychanie sprawnych działaniach obecnie rządzących przykryła, a wręcz wyeliminowała z dyskursu polityczno-społecznego: problem pandemii (która przecież ciągle zbiera obfite żniwo), problem dewastowania prawa przez rządzących, a w związku z tym znacznego pogorszenia stosunków z Unią Europejską, problem nieotrzymania funduszy z UE, problem niechętnych UE wypowiedzi znacznej części przedstawicieli rządzącej elity.

Wojna i jej okrucieństwo przykryły wszystko, a przecież, poza wybuchem wojny oczywiście, nic się nie zmieniło i prawdopodobnie opisane procesy toczą się dalej. Piszę prawdopodobnie, ponieważ jesteśmy pozbawieni informacji w tych kwestiach. Nikt się nimi nie zajmuje, pozostają w głębokim cieniu, jakby nie istniały” – pisze dla OkoPress prof. Iwona Jakubicka-Branicka[2]. Warto dodać też, że wspierany przez nasze elity rynek patodeweloperki – a wraz z nim niszczenia przyrody, licznych ekosystemów i krajobrazów – i patopracy ciągle kwitnie, stopy procentowe znów poszły w górę (wyżej nawet od prognoz sprzed napaści Rosji na Ukrainę), a inflacja ciągle szybuje i z dużym prawdopodobieństwem niedługo już będzie dwucyfrowa, co jeszcze bardziej dramatycznie odbije się na budżecie milionów obywateli i obywatelek.

Dodatkowo w czwartek 10.03.2022 Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej w pięcioosobowym składzie (z Krystyną Pawłowicz zasiadającą w tym zacnym gronie) wydał orzeczenie w sprawie złożonej przez Zbigniewa Ziobrę. Uznał artykuł 6. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka za niezgodny z polską Konstytucją. Artykuł 6. EKPC brzmi:

Uznanie tego przepisu, gwarantującego obywatelkom i obywatelom podstawowe prawa i wolności, jest działaniem – co tu dużo mówić – godnym Putina. Odmawianie ludziom demokratycznego kraju, członkom i członkiniom Unii Europejskiej prawa do uczciwego procesu, to nie tylko cofnięcie nas do czasów rządów autorytarnych, ale przede wszystkim zamach na już i tak upadającą w Polsce demokrację. Nasz rząd w przeciwieństwie do przedstawicieli innych krajów jest niezwykle ostrożny w negatywnej ocenie działań Putina i nietrudno zrozumieć czemu. Tym niemniej, oficjalnie sprzeciwia się jego autorytarnej polityce. Jednocześnie jednak po kawałku odbiera nam podstawowe prawa i wolności. W dodatku robi to w momencie, w którym nasze głowy i serca są skierowane w inną stronę. To orzeczenie, stwierdzające za niekonstytucyjne podstawowe prawa obywatelskie w momencie toczącej się tuż za naszą granicą wojny, której wybuch jest następstwem dokładnie takich samych działań, jak powolne odbieranie praw i wolności, jest czystą bezczelnością. Robienie tego w momencie ogromnego kryzysu humanitarnego, który za rząd rozwiązują Polki i Polacy, to wyraz najobrzydliwszej hipokryzji i zepsucia naszego rządu. Rządu, który krok po kroku dąży do ustroju autorytarnego, nie oglądając się na nic i na nikogo w swojej potrzebie władzy. Kiedy Polki i Polacy pomimo problemów związanych z nieudolnością polskich polityków i służb, znajdują środki na pomoc tym, którzy w obecnej sytuacji mają jeszcze mniej od nas, nasz rząd w ohydny sposób wykorzystuje ten solidarnościowy zryw i włożone weń pracę i zaangażowanie, by po cichu przeprowadzać kolejne działające na naszą szkodę kroki.

Jak nie my to… rząd?

Pomimo tego, że rządzący zdają się chwilowo być w większości nieobecni, i że mogłoby się wydawać, że po cichu jednoczą się we wspólnej walce o ludzkie życia, ich interesy i tak wyraźnie zajmują pierwsze miejsce w piramidzie ich wartości. W specustawie dotyczącej pomocy osobom uchodźczym nie zapomnieli bowiem przemycić zapisów, zapewniających rządzącym i przedsiębiorcom bezkarności za przestępstwa popełnione (rzekomo w dobrej wierze – nasz premier porównywał je do „wybicia szyby przez strażaka ratującego życie”) nie tylko w czasie wojny, ale też w czasie stanu wyjątkowego i pandemii (!). Za TVN24: „Ostatecznie została przyjęta poprawka PiS gwarantująca funkcjonariuszom publicznym bezkarność za złamanie dyscypliny finansów publicznych i złe gospodarowanie pieniędzmi, jeśli popełniłby czyn zabroniony, działając między innymi w celu ochrony życia lub zdrowia wielu osób, w czasie wojny napastniczej przeciwko Polsce lub działań zbrojnych na terytorium RP, terytorium państwa członkowskiego UE, NATO, albo innego państwa graniczącego z Polską, lub okupacji na tych terytoriach”. Nauczona doświadczeniem myślę, że i tak możemy się spodziewać kolejnych miliardów wyrzuconych w błoto i/lub wepchniętych do kieszeni znajomym i rodzinie polityków i polityczek. Ogromnie smuci mnie myśl o tym, ile dobra moglibyśmy wszyscy zrobić, gdybyśmy zamiast opłacać ich bylejakość, bierność i bezużyteczność, mogli wydawane na nich pieniądze przeznaczyć na opłacenie realnych działań pomocowych. Z pewnością uchroniłoby to nas przed nadchodzącym wielkimi krokami wypaleniem, które już teraz w wielu z nas wywołuje niepokój związany z kluczowym obecnie pytaniem: „jeśli my im nie pomożemy, to kto to zrobi”?

Prezydent tego kraju, który nie potrafi zrobić jednego kroku bez czyjegoś pozwolenia pozostaje jak zwykle milczący,  strojąc miny i używając podniosłych słów w mediach społecznościowych. Do rzadko której osoby tak bardzo pasuje internetowe powiedzonko o kozaku w necie. Jego milcząca zazwyczaj żona z rzadka decyduje się zabrać głos, choć jest to głos równie milczący, co jej postawa i równie jak ona nijaki. Jej „pomoc” i „wsparcie” możemy sobie obejrzeć wirtualnie, bo przecież nie opuści wygodnego pałacu, by mieszać się z plebsem. Ostatnio przerwała milczenie i nie dość, że można było w radiu usłyszeć jej wypowiedź – 5 słów, ale zawsze – o tym, jak to musimy się jednoczyć w pomocy Ukrainie (thanks, captain), to jeszcze zdecydowała się zaapelować o zakończenie wojny za pośrednictwem strony internetowej i najgłupszego hashtagu, jaki widziałam w kontekście wojny w Ukrainie: #RosyjskieKobietyZatrzymajcieWojnę.

Kobiety, jak zwykle na was spoczywa odpowiedzialność

W swoim oświadczeniu z okazji 8 marca pisze: „Zwracam się z apelem do kobiet na całym świecie. Nie możemy pozostać obojętne wobec wojny na Ukrainie, która z dnia na dzień pochłania coraz więcej ofiar, także wśród ludności cywilnej. Przypadający 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet to jedno z najważniejszych świąt w Rosji. Wykorzystajmy tę szczególną okazję, by zwrócić się do wszystkich kobiet w Rosji z apelem o powstrzymanie toczącej się w Ukrainie wojny. Poprośmy je o to, by dla pokoju i życia, jako matki, żony, córki rosyjskich oficerów i żołnierzy uczestniczących w inwazji na Ukrainę, wystąpiły w dniu swego święta przeciw dalszemu rozlewowi krwi. Niech każda z nas opublikuje w mediach społecznościowych w najbliższy wtorek, 8 marca, swoje zdjęcie z kartką papieru, na której widnieć będzie napis #RosyjskieKobietyZatrzymajcieWojnę. Mam nadzieję, że – jeśli to przesłanie rozejdzie się szeroko po świecie – zdoła przebić się przez rosyjską cenzurę i dotrze do serc i umysłów tysięcy Rosjanek. Kobiety razem mogą zdziałać wiele i wierzę, że naprawdę mogą zatrzymać wojnę w Ukrainie!”.

Jak zwykle zatem przerzućmy odpowiedzialność za wszystko na kobiety, w imię pseudopomocy Ukrainie i pseudotroski o jej wolność. Myśl o tym, że jakakolwiek akcja zapoczątkowana przez tę kobietę mogłaby stać się wiralowa jest zwyczajnie śmieszna. Ale ogromnie smuci i złości jej kompletne oderwanie od sytuacji, którą obserwujemy. W momencie, gdy rosyjskie wojska bombardują Ukrainę i zabijają cywilów, jedyne co potrafi zrobić pierwsza dama kraju najbardziej obecnie zaangażowanego w pomoc i dotkniętego ogromnym kryzysem, to wydać oświadczenie świadczące o kompletnej ignorancji. Jej zamieszczony w czterech językach apel nie dość, że zawiera kardynalny błąd („na Ukrainie”), to jest kompletnie absurdalny. Kobiety jako grupa połączona przynależnością do jednej płci, nie mają wpływu na wojny. Tak, wiele kobiet popiera Putina, tak jak i wielu mężczyzn. Ale gdy wojna staje się realna, nikt nie uważa, że powinna trwać. Nikt, poza bogacącymi się na niej. Wiele kobiet walczy na froncie i/lub pomaga w innych bezpośrednio i pośrednio związanych z wojną działaniach, ale odbywa się to w krajach napadanych, nie napadających. Kobiety w Rosji nie mają żadnego wpływu na to, jak potoczą się losy Ukrainy. Ich głowy zajęte są teraz kombinowaniem, jak przeżyć za minimalne pensje przy absurdalnie drogich produktach, których ceny ze względu na sukcesywnie nakładane na Rosję sankcje szybują wzwyż z prędkością światła.

Rosyjskie kobiety robią co mogą, żeby przeżyć. Masowo też ruszają na protesty, co może się dla nich skończyć śmiercią. Nie one jednak odpowiadają za przebieg wojny. Nie mają dostępu do frontu ani do polityki. Nie mają dostępu do działań wojennych. Nie mają dostępu nawet do rzetelnych informacji o toczącej się wojnie, ani do większości mediów społecznościowych, które miałyby być nośnikiem tego hashtagu. To nie jest wolny kraj, a dodatkowo jest to kraj w stanie wojny. Nie wystarczy powiedzieć synowi, bratu czy partnerowi: „nie walcz”, by mógł zatrzymać działania wojenne. Znaczna część żołnierzy sama nie chce w nich uczestniczyć, większość myślała, że jedzie na ćwiczenia, gdy Putin wysłał ich na wojnę. Nie kobiety są winne wojnie, nie Rosjanie, jako ogłupiany latami propagandą i odcięty od rzetelnych informacji naród. Winni są Putin, popierający go i bogacący się na jego polityce oligarchowie i Zachód, goszczący go latami na salonach jak swojego. Ignorujący jego autorytarne i antydemokratyczne zapędy z czystej chciwości. Udający, że nie widzi łamania przez niego praw człowieka i odwracający wzrok w imię własnej wygody.

Niewidoczne elity

W zestawieniu z prezydentem i pierwszą damą Ukrainy, „nasza” prezydencka para wypada wyjątkowo żałośnie. Wołodymyr i Ołena Zełeńscy nie tylko aktywnie działają na rzecz swoich obywateli i obywatelek, ale przede wszystkim rozumieją ich potrzeby. Nie żyją w odcięciu, odgrodzeni od tych, którzy i które tworzą Ukrainę, co dobitnie pokazały ostatnie wydarzenia. Żadne z nich nie nadaje komunikatów z pałacu czy zagranicznego hotelu. Ukraiński prezydent walczy na froncie, jak większość Ukraińców i stamtąd nadaje swoje komunikaty. Jego żona jest ciągle wśród ludzi i dokumentuje tragedie i zniszczenia, które dotykają jej kraj. Oboje przeżywają tę wojnę razem ze swoim narodem. Oboje prowadzą równą walkę z wrogiem, a nie ukryci w bezpiecznym miejscu wydają rozporządzenia i oświadczenia na podstawie informacji, które do nich docierają. Te informacje mają z pierwszej ręki, dlatego dokładnie wiedzą co robić i co jest potrzebne.

Czy ktoś z nas jest w stanie wyobrazić sobie Agatę Dudę niewystylizowaną przez Christiana Paula i bez pełnego makijażu? Nikt jej nigdy takiej nie widział, co dobitnie podkreśla jak bardzo dystansuje się od „zwykłego” życia. I ja wiem, że czepianie się ubioru może wydawać się śmieszne, ale porównując Agatę Dudę, która zawsze wygląda jakby miała na sobie bardzo drogą zbroję, która ma ją odgrodzić od świata, do np. Ołeny Zełeńskiej lub nawet księżnej Kate, „nasza” pierwsza dama wypada bardzo sztucznie.

Nie znoszę rodzinki królewskiej, ale trzeba oddać Kate, że naprawdę potrafi dostosować strój do okazji. Na wystawne przyjęcia są drogie i bogato zdobione suknie, na formalne spotkania eleganckie kostiumy, ale na odwiedziny w szpitalu lub spotkania dotyczące pomocy w momentach kryzysowych nie wkłada szpilek i kapeluszy, tylko zwyczajne ubrania. Ma pełną świadomość tego, jak bardzo niestosownie wyglądałaby odpicowana po kokardy przy ludziach w kryzysie. Czy ktokolwiek z nas jest w stanie wyobrazić sobie Andrzeja Dudę, który decyduje się zostać na froncie razem ze swoimi ludźmi? Nie. Polska para prezydencka to nie są osoby traktujące swój naród jak rodzinę. Oglądają nasz świat zza szyb swoich rezydencji i limuzyn, a w naszym codziennym życiu zjawiają się na chwilę i obserwując z fascynacją narodowy folklor, wyglądają jakby znaleźli się na jakiejś egzotycznej wyspie. Zamykają się w luksusowych wnętrzach i poza słowami o „jednoczeniu się” i „solidarności” nie mają ani wiedzy, ani doświadczeń, które mogłyby pomóc im choćby w najmniejszym stopniu zrozumieć swój naród.

Podobnie zresztą zachowuje się prawie cały nasz rząd, złożony w ogromnej mierze z nieudaczników, miernot, ludzi ograniczonych, chciwych, egoistycznych i zapatrzonych wyłącznie w siebie i we własne interesy. Równie bierny i bezużyteczny jest kościół katolicki, który na co dzień korzysta z każdej możliwej okazji, by albo wszystkich skłócić, albo dyskryminować, albo ugrać dla siebie jakieś działki i/lub miliony. Ich wsparcie dla Ukrainy jest wsparciem wyłącznie modlitewnym (!) i materialnym, z czego to drugie to wynik działań Caritasu, który jak funkcjonuje wszyscy wiemy, a poza wszelkiego rodzaju machlojami, które mają w tej organizacji miejsce i tak jest utrzymywany z datków wiernych i państwa. A więc pomoc kościoła, który na co dzień daje sobie prawo mianowania się ostoją moralności, w obliczu wojny za naszą granicą jest zerowa. Tymczasem ich ogromne kościoły z salkami i plebanie z kilkoma miejscami garażowymi stoją puste lub są zamieszkiwane przez 2-3 osoby. Mamy dość – sfinansowanego z naszych podatków – miejsca, by choć tymczasowo ulokować gdzieś osoby uchodźcze. Ale czy kościół kiedykolwiek dał coś od siebie za darmo? Pierwsi są do ogłaszania Polski katolickiej i wyzywania innych od najgorszych grzeszników, ale gdy przychodzi co do czego, to oni sami stanowią najbardziej bierną i bezużyteczną grupę. Całymi latami modlą się o pokój i godzinami klepią te same formułki o pomocy biedniejszym i miłowaniu bliźniego swego. Szkoda, że przez cały ten czas żadna przypowieść czy nauka o niesieniu bezinteresownej pomocy i szacunku do drugiej osoby do nich nie dotarła. Pomimo tego, że co niedzielę mają je na ustach.

Wszyscy oni zawsze byli mocno odklejeni, ale ostatnimi czasy widać to naprawdę nazbyt wyraźnie. Być może dlatego, że te różnice zdają się wyraźniejsze podczas wszelakich kryzysów, a tych obecnie mamy w kraju i na świecie kilka. Ich życie oderwane od tego, co zajmuje głowy ludzi w kraju, na którego czele stoją, przypomina mi trochę Nicolae i Elenę Ceaușescu, gromadzących bogactwa i oddzielonych od rzeczywistości murami pałaców w czasie, gdy ludzie umierali z głodu, zimna i wycieńczenia, a kraj i jego gospodarka upadały. Cóż – pozostaje tylko nadzieja, że i ich panowanie skończy się równie sprawiedliwie, przynajmniej w kwestii poniesienia konsekwencji własnej nieudolności i działań na szkodę kraju. Chociaż z doświadczenia wiedząc, jak działa w Polsce ponoszenie konsekwencji przez bogatych i wpływowych ludzi, ta nadzieja pozostanie raczej płonna.

[1]https://oko.press/ustawy-o-pomocy-uchodzcom-wazne-poprawki-opozycji-przeszly-art-o-bezkarnosci-w-koszu/

[2]https://oko.press/putin-jak-hitler-stosuje-projekcje-a-polskie-wladze-wojna-przykrywaja-naruszanie-praworzadnosci/

Sprawdź też!

Dodaj komentarz