na froncie ukrainy

Na froncie dezinformacji

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

Mija drugi miesiąc wojny w Ukrainie. Do mediów przedostają się coraz bardziej drastyczne i szokujące doniesienia, dotyczące zbrodni wojennych dokonywanych przez rosyjskich żołnierzy na narodzie ukraińskim. Nasze zaangażowanie w pomoc i wsparcie osób uchodźczych trwają i jak na razie nie tracą na sile. Jednak obok nich możemy też zaobserwować w internecie nagły zwrot narracji dotyczącej pomocy osobom uchodźczym. Piszę „w internecie”, ponieważ – do tej pory – to tam ta narracja rozwija się najsilniej. Dzięki wszechobecnym pożytecznym idiotom, którzy nie przegapią żadnej możliwości do kłótni i siania nienawiści wobec najróżniejszych grup, zaczyna się ona jednak powoli przedostawać poza świat wirtualny. Pracując w social media, dość szybko zetknęłam się z tym bezpośrednio. Dosłownie parę godzin po przeczytaniu artykułu odnośnie wymierzonej w nas kolejnej fali rosyjskiej wojny hybrydowej, zaczęłam zauważać ogromny przyrost negatywnie nacechowanych treści, silnie wycelowanych w obrzydzenie nam osób z Ukrainy oraz okazywanej im pomocy, demonizowanie osób uchodźczych i wywołanie sporów. W tym celu treści te często poruszają również wątki niezwiązane bezpośrednio z tematem, ale mocno w naszym społeczeństwie kryzysogenne: społeczność LGBQIA+, społeczność żydowska, etc.

Niby to w imię „ochrony naszych interesów” przed „roszczeniowymi imigrantami, którzy chcą żyć jak pączki w maśle z naszych podatków”, kanały SM zalewa ogromna fala postów i komentarzy ukazujących ofiary wojny jako chciwe i wyrachowane osoby, a pomoc im jako kompletnie niepotrzebną naiwność i efekt wyprania mózgów. Według tej narracji wszystko oczywiście dzieje się kosztem nas, biednych Polek i Polaków, o których nikt nie dba tak jak o Ukrainki i Ukraińców, i którzy powoli stajemy się obywatel_k_ami drugiej kategorii we własnym kraju, jednocześnie własnymi siłami i zasobami niosąc (niepotrzebną) pomoc. Jesteśmy więc podwójnie wykorzystywani i znów to nam dzieje się największa na świecie krzywda – wiara w to, że jesteśmy najlepszym z narodów, a jednocześnie notorycznie wszyscy traktują nas najgorzej, to zresztą jedna z najsilniej zakorzenionych polskich tradycji. Wprost proporcjonalnie rośnie też rzekoma troska o kwestie zwykle w debacie internetowej nieistniejące, np. dobro osób dotkniętych kryzysem bezdomności, ubogich, wielodzietnych rodzin lub bezdomnych zwierząt.

na froncie ukrainy
Komentarze pod postami dotyczącymi wojny w Ukrainie i działań pomocowych / Facebook

Putinowska „Reverse Card”

Na co dzień wyśmiewane i pogardzane osoby „żyjące wygodnie z socjalu” (jakby to w Polsce było w ogóle możliwe), nagle zostają otoczone wsparciem i empatią „współobywatelek” i „współobywateli”, spełniając jednocześnie funkcję bardzo w tym momencie przydatnej „Reverse Card”. W końcu (przynajmniej dopóki jest to wygodne i hipotetyczne) to przede wszystkim one zasługują na pomoc, nie „najeźdźcy” z Ukrainy. Zbiórka odzieży dla osób uchodźczych? A co z Polakami, których nie stać na ubrania? Wsparcie bezdomnych zwierząt w Ukrainie? A kto się zajmie naszymi, polskimi zwierzętami? Zbiórka finansowa na niezbędne środki? A ja sama muszę spłacać kredyt, może ktoś dla mnie założy zbiórkę? „Putinowskie trolle” to ewenement na gigantyczną skalę i niezwykle dla Rosji lukratywny biznes. To, że ich istnienie i praca, w którą pompowane są ogromne środki finansowe, są w stanie zachwiać posadami naszego świata, wiemy nie od dziś. Wystarczy wspomnieć wybory w USA w 2016 roku, na których wynik duży wpływ miały właśnie płynące z Rosji targetowane na konkretne grupy odbiorczyń i odbiorców treści, masowo zalewające w tamtym czasie internet[1]. Zjawisko to jest co najmniej tak bardzo przerażające, jak fascynujące: oto grupa ludzi piszących komentarze na portalach społecznościowych i rozkręcających coraz bardziej zawzięte dyskusje może wpływać na największe wydarzenia polityczne na świecie. Brzmi jak Sci-Fi? Na pewno, ale niestety już od dawna jest to nasza rzeczywistość.

na froncie ukrainy
UNO Reverse Card

10 tysięcy fejkowych kont

Internet sukcesywnie zalewają fałszywe informacje, konsekwentnie zakorzeniając w naszych umysłach małe kłamstwa, składające się na negatywny i wzbudzający lęk obraz: osób uchodźczych przybywających okradać nas ze wszystkiego, co mamy, odbierających nam ochłapy, które i tak nie starczają nam na godne życie. Każda mała historyjka obrzydzająca nam osoby z Ukrainy to kolejna cegiełka dokładana do tworzonego przez propagandę rosyjskich trolli muru pomiędzy naszymi narodami. Bez wzajemnego szacunku, zaufania i wsparcia jesteśmy w świecie dużo mniej bezpieczni. Putin wie o tym doskonale. Skłócone narody, podzielone grupy, ludzie oddzieleni od siebie murami – taki świat nie stanowi wielkiego zagrożenia. Zagrożeniem jest świat zjednoczony, empatyczny i wspierający się nawzajem. W tekście dotyczącym pomocy Ukrainie pisałam o tym, jak ważne jest niepowielanie fałszywych informacji, sprawdzanie interesujących nas treści pod kątem obecności w innych mediach – polskich i zagranicznych – i dzielenie się wyłącznie wiadomościami z rzetelnych, niezależnych źródeł. Jest to jeszcze ważniejsze teraz, gdy prowadzona przez Putina kolejna odsłona wojny hybrydowej coraz mocniej poszerza swoje zasięgi. Na końcu tego tekstu zamieszczam kilka wskazówek, jak w informacyjnym natłoku wyłapać fałszywą informację.

na froncie ukrainy
Komentarze pod postami dotyczącymi wojny w Ukrainie i działań pomocowych / Facebook

 

„W tej chwili pojawiło się około 10 tysięcy fejkowych kont, które mają zniechęcić Polaków do pomagania Ukraińcom. A polski Twitter wciąż pozwala na szerowanie tekstów o rzezi wołyńskiej” – mówi OKO.Press Magda Szpecht. – „Zajmują się tym ludzie perfekcyjnie wyszkoleni, którzy bazują na głęboko zakorzenionych ludzkich lękach, stosują wiele psychomanipulacyjnych taktyk (…) Trolle są nawet na kobiecych grupach poświęconych np. przygotowaniom do ślubu. Na takich grupach pojawia się opisywana w różnych wariantach historia Polki, która przyjęła pod dach Ukrainkę, a ta przespała się z jej mężem (…) Wpis kończy zdanie: „Uważajcie, kogo zapraszacie pod swój dach”. To jest fejkowa historyjka. Wpisy są konstruowane tak, by dawały złudzenie wiarygodności, są w nich literówki, dużo w nich emocji psychologicznie wiarygodnych. Sprawiają wrażenie, że były pisane naprędce, pod wpływem silnego wzburzenia. Podobna historia krąży o tacie i córce, która skręciła kostkę. Ojciec wybiera się z nią do lekarza, ale pierwszeństwo w kolejce rzekomo mają Ukraińcy. Na końcu pyta: „Czy to wszystko nie zaszło już za daleko?”. Pojawia się też historia o tym, że na stacji Orlenu kierowca pokazał ukraiński paszport i za benzynę płacił 2 zł. Wszystkie te opowieści są powielane w sieci z rozmaitych fejkowych kont, pojawiają się na grupach tematycznych i pod artykułami najważniejszych polskich mediów. Wszystkie łączy iluzja opowieści „z życia wziętej”. Plusem jest to, że coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy manipulowani. Ulegliśmy dezinformacji medycznej w czasie pandemii, ale tym razem jesteśmy w kwestii wydarzeń w Ukrainie dużo bardziej krytyczni. Internauci pytają o źródła, sprawdzają dane, wiedzą już, że wojna informacyjna jest czymś realnym”[2].

na froncie ukrainy
Źródło: @make_life_hader / Instagram

Po empidemiologii robiliśmy doktoraty z rusycystyki

Być może Polki i Polacy faktycznie stali się ostrożniejsi w szerzeniu niesprawdzonych informacji i łykaniu bez mrugnięcia okiem każdej napotkanej w internecie historii. Jak jednak pokazują wydarzenia z Przemyśla[3] ciągle jesteśmy niezwykle podatni na dezinformację i próby poróżnienia nas. Większość z nas może nie uwierzyć Adamowi Mickiewiczowi, próbującemu przekonać nas na Facebooku, że jego ukraiński sąsiad, który nigdy nie pracował, całymi dniami pije Don Perignon odziany w garnitur Gucci, a wszystko oczywiście kupuje z naszych podatków lub dostaje za darmo na uchodźczy paszport. Trochę inaczej sprawa ma się jednak wtedy, gdy pod historią niosącą podobną narrację podpisze się osoba (prywatna lub publiczna), której ufamy i której opinie szanujemy. W takiej sytuacji stajemy się automatycznie mniej czujni. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy wszystkie i wszyscy weryfikowali informacje, które chcemy podać dalej. Pożyteczne dla prorosyjskiej propagandy są nie tylko internetowe trolle i członkowie Konfederacji, ale wszystkie osoby, które – świadomie lub nie – powielają rosyjską propagandę i bezpośrednio przyczyniają się do manipulowania ludźmi. Tak było w kwestii szczepień i tak jest teraz, w obliczu wojny w Ukrainie. Badania pokazują zresztą, że konta szerzące obecnie prorosyjską i antyukraińską narrację to te same, które wcześniej skupiały się wokół tematów antyszczepionkowych.

na froncie ukrainy
Źródło: @ibimspl / Twitter

 

„Sama substancja jest dla Rosjan wtórna, liczy się efekt, którym zawsze jest destabilizacja relacji społecznych w danym kraju. Nie inaczej było w czasie pandemii Covid-19, która dała idealny pretekst do podkopania zaufania wobec demokracji. Zaraz po wprowadzeniu pierwszych obostrzeń bardzo modne w sieci stały się określenia takie jak „faszyzm sanitarny”, a konta na Twitterze, które wcześniej zajmowały się siecią 5G, antyuchodźczym rasizmem i ulicznym antysemityzmem, przerzuciły się na propagowanie narracji o koronawirusie jako nieistniejącym zagrożeniu służącym interesom bliżej nieokreślonych elit (…). Teraz pandemia spadła z nagłówków, a Kreml sam ma też inny interes strategiczny. Trolle się przebranżowiły i zostały wysłane na front dezinformacji wokół wojny. Jak wynika z danych Instytutu Badania Internetu i Mediów Społecznościowych (IBIMS), aż 9 na 10 kont w mediach społecznościowych, które 21–22 lutego uaktywniły się, szerząc prorosyjską propagandę na temat działań militarnych [w] Ukrainie, wcześniej było bezpośrednio zaangażowanych w szerzenie treści antyszczepionkowych. Tylko w te dwa dni przez polski internet przelało się 4,5 tys. wpisów propagandowych, generując 2 mln interakcji”[4]. Według komunikatu IBIMS z 7 marca „pierwsza faza ataków, mająca na celu wywołanie gwałtownych anomalii społecznych, została zakończona. Celem kolejnego etapu wrogich działań w polskich social media będą próby implementacji emocji i przekazów dotyczących podziałów społecznych opartych na percepcji, związanych z problemami gospodarczymi oraz tematyką uchodźczą”.

na froncie ukrainy
Źródło: Instytut Badań Internetu i Mediów Społecznościowych

 

Te wpisy to niestety nie jest mało znaczący krzyk. To realne – i skuteczne – próby destabilizacji sytuacji, poprzez obrzydzenie nam osób uciekających przed wojną, zakorzenienie nowych, negatywnych stereotypów i przepchnięcie kremlowskiej propagandy, według której Ukraińcy to winni wojnie naziści, próbujący na wszelkie możliwe sposoby wykorzystać naszą empatię. Zgodnie z tą narracją nie ma tak naprawdę wojny między Rosją a Ukrainą – rosyjskie wojska ratują jedynie świat przez zniszczeniem. Każdy taki post i komentarz ma konkretny cel: tworzyć i powiększać rysy i pęknięcia w naszych wzajemnych aktach solidarności i zaufania. Jeśli przestaniemy pomagać Ukrainie, Putin będzie miał prostą drogę do jej podbicia. A pamiętajmy, że według przeprowadzonego na początku marca przez Active Group badania, nie tylko ponad 80% Rosjan popiera działania rosyjskich sił zbrojnych w Ukrainie, ale wielu z nich pozytywnie odnosi się również do pomysłu przeprowadzenia podobnych „operacji specjalnych” w innych krajach. Na pierwszym miejscu po Ukrainie większość z nich wskazuje Polskę[5].

na froncie ukrainy

Pała z umiejętności weryfikowania informacji

Według przeprowadzonego w Polsce na przełomie marca i kwietnia 2019 r. raportu NASK „Bezpieczne wybory – raport na temat dezinformacji w internecie[6], 37,8% badanych użytkowników i użytkowniczek internetu sporadycznie sprawdza wiarygodność informacji, a 37,1% nie robi tego wcale. Tylko 25,2% „stosunkowo często” weryfikuje informacje, które napotyka w internecie (i nie pytajcie mnie, dlaczego łącznie wychodzi 100,1%). Tymczasem według wspomnianego raportu, dla 28,6% badanych najważniejsze w ocenie wiarygodności informacji znalezionych w internecie jest to, że publikuje lub poleca ją osoba, którą znają, dla 21% – że informacja jest przekazywana przez wiele osób i/lub mediów jednocześnie, a 16,3% wystarczy fakt, że pochodzi ona z dużego i/lub popularnego medium.

na froncie ukrainy
NASK „Bezpieczne wybory – raport na temat dezinformacji w internecie”, 29.03.2019 – 5.04.2019

 

NASK jest państwowym instytutem badawczym nadzorowanym przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Odpowiedzcie sobie zatem sami/e na pytanie, dlaczego równo pół roku przed wyborami w październiku 2019 r. uznali taki raport za potrzebny. Warto wspomnieć, że przeprowadzonego w nim „testu” umiejętności rozróżnienia faktów od opinii nie zdało 44% badanych. Tylko 30,8% uzyskało z niego ocenę „bardzo dobrą”, „dobrą+” lub „dobrą”.

na froncie ukrainy
NASK „Bezpieczne wybory – raport na temat dezinformacji w internecie”, 29.03.2019 – 5.04.2019

 

Miejmy więc na uwadze fakt, że dla działań dezinformacyjnych Polska jest rajem. Nie tylko jesteśmy narodem niezwykle podatnym na kłótnie, podziały i udowadnianie sobie nawzajem racji, ale dodatkowo zdecydowana większość z nas nie weryfikuje żadnych napotkanych w internecie informacji i ślepo ufa, że jeśli przekazuje ją ktoś kogo lubią lub popularne medium/osoba, to jest to wystarczający dowód na jej prawdziwość (!). Nie dajmy się znowu podejść i skłócić. Domagajmy się źródeł, dementujmy kłamstwa, zgłaszajmy komentarze i profile, które je sieją, choć niestety zgłaszanie tego typu treści często nie przynosi pożądanego skutku. Facebook czy Twitter regularnie odmawiają usuwania fejkowych treści lub kont, zasłaniając się tym, że rzekomo nie naruszają one regulaminu i/lub standardów społeczności. W takich sytuacjach możemy jednak prosić o ponowną weryfikację, a także domagać się od autora/autorki posta lub komentarza przytoczenia źródła podanej informacji lub danych. Możemy też sami w komentarzu wkleić link lub screen ze źródłem prawdziwej informacji. Czasem wystarczy, że inne osoby, które trafią na daną treść zobaczą, że jej autor/ka nie potrafi jej uargumentować ani podać źródła przytaczanych danych, by podkopać całą wiarygodność takiego przekazu.

To jest drugi front wojny i niestety – chcąc nie chcąc – wszyscy bierzemy w nim udział. Mamy jednak ogromny wpływ na to, komu się przysłużymy: czy nasze działania na rzecz kremlowskiej propagandy zostaną docenione w rosyjskich mediach, jak miało to miejsce w przypadku Janusza Korwin-Mikke? Czy może staniemy po stronie rozsądku i empatii? Nie dajmy sobie wmówić, że uciekające przed bombami, gwałtami i śmiercią głodową osoby, które często straciły właśnie bliskich i/lub dorobki całego życia zostając praktycznie z niczym, to nasi wrogowie. Czy uchodźcy i uchodźczynie to wyłącznie wspaniałe, światłe i empatyczne osoby? Oczywiście, że nie. To miliony ludzi, w każdej grupie znajdą się osoby, których wolelibyśmy nie wpuścić do własnego domu. Ale ci ludzie uciekają przed wojną. Przed śmiercią. Kwestionowanie ich prawa do bezpiecznego schronienia jest zwyczajnie nieludzkie.

na froncie ukrainy
Źródło: @tomczakjakub_ / Twitter

Brygady dezinformacyjne

Pisanie o wojnie w kontekście komentarzy na Facebooku czy Twitterze może brzmieć śmiesznie, ale niestety nie jest to teoria spiskowa ani wydumany temat zastępczy, a realny problem. Dopóki wojna w Ukrainie przynosiła Rosjanom mniejsze lub większe zwycięstwa, internet dość jednogłośnie stał po stronie pomocy ofiarom rosyjskiej napaści. Im gorzej jednak idzie Rosji na frontach i im mocniej odczuwają sankcje, tym głośniejsza, silniejsza i bardziej agresywna staje się antyukraińska narracja, wycelowana w niezwykle podatny grunt – polskie społeczeństwo. Niestety w naszym ubogim intelektualnie narodzie, uwielbiającym chełpić się chwałą i sławą własnej historii ubranej zwykle w mit „wielkiej Polski”, który szkoły ładują nam do głów od momentu ukończenia przez nas 7 roku życia, niezwykle łatwo rozpętać mniejsze i większe wojenki. Choć wiele osób rozpoznaje już zjawisko, z którym mamy do czynienia i stara się je ukracać i tłumaczyć innym, ciężko zapanować nad jego skalą. Nie dziwi to jednak w obliczu tego, ile lat i pieniędzy putinowski rząd poświęcił na rozwijanie tego kanału propagandy i destabilizacji informacyjnej: „rosyjskie władze bardzo wcześnie zdały sobie sprawę z potęgi internetu i niebezpieczeństw dla ich władzy, jakie niesie wolna sieć.

W 2003 roku w magazynie Vestnik ukazał się artykuł trójki rosyjskich dziennikarzy zatytułowany „Wirtualne oko Wielkiego Brata”. Autorzy argumentowali, że pod koniec ubiegłego wieku 70 proc. treści w rosyjskim internecie sprzyjało postawom demokratycznym i liberalnym. Wszystko zmieniło się ok. 2000 roku – wówczas Runet (rosyjskie fora dyskusyjne) zaczęły dominować „zorganizowane, profesjonalne brygady”. – Konserwatywno-agresywna totalitarna ideologia (…), ksenofobia, anty-amerykanizm, antysemityzm, nietolerancja odmienności i stronniczość: brygady łączą wspólne zasady związane z planowanymi kłamstwami, oszczerstwami i dezinformacją – czytamy w artykule. To, z czym świat musi się zmagać w ostatnich latach, w Rosji było obecne praktycznie u zarania tamtejszego, komercyjnego internetu. A gdy rządzący zaczęli dostrzegać, że destabilizacja sytuacji wewnętrznej jest równie skuteczną bronią jak rakiety i czołgi, brygady dezinformacyjne zyskały miano trolli i wyszły w świat. Potrzebna jednak była konkretna organizacja tych działań, ich centralizacja i zarządzanie na dłuższą metę”[7]. Tak w dużym skrócie zaczęła się historia Agientstwo Intierniet-Issledowanij aka IRA (Internet Research Agency), zwanej „rosyjską farmą trolli”, która do dziś osiągnęła naprawdę imponujące rozmiary – jak podaje Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, petersburska fabryka trolli dotowana jest milionem euro każdego miesiąca.

na froncie ukrainy
Komentarze pod postami dotyczącymi wojny w Ukrainie i działań pomocowych / Facebook

 

Fabryka trolli

„Zakładając fabrykę trolli, Prigożyn [Jewgienij -przyp. red.] przywrócił w pełnym blasku jedną z teorii spiskowych, które robiły karierę w czasach ZSRR. Sowieci byli wówczas przekonani o istnieniu tzw. doktryny Dullesa. Zakładała ona, że Allen Dulles, dyrektor CIA w latach 1953-1961, zaplanował pokonanie Związku Sowieckiego przez rozkład od środka. Amerykańscy agenci pod przykrywką mieli więc podsycać wewnętrzne spory i niszczyć dorobek kulturalny. – Dokładnie taki był cel Kremla i fabryki trolli stworzonej w celu podkopania w Stanach Zjednoczonych wiary w system wyborczy – mówił PAP Neil Mac Farquhar z „The New York Times”, autor wywiadu z byłymi trollami z Olgino z 2018 roku. Zresztą esej o doktrynie Dullesa był jednym z testów dla przyszłych pracowników IRA. – Byłem młody i nie interesowała mnie etyka. Pisałem, bo lubiłem to robić. Nie chciałem zmieniać świata – mówi Aleksiej, który w IRA był jednym z pierwszych 25 pracowników i odpowiadał za przygotowywanie treści.

Na początku zarządzał profilami w rosyjskich Vkontakte i LiveJournal (tamtejszy odpowiednik Wykopu), a później również na Facebooku, Twitterze czy Reddicie. Każdego dnia w mailu dostawał słowa kluczowe i tematykę, którą miał promować. – Pisaliśmy, że życie w Rosji za Putina jest dobre, a w USA za Obamy jest złe – wyjaśniał mężczyzna. – Tematyka zależała od aktualnej strategii. Oczerniano demokratyczną opozycję w kraju, podkreślano amerykańską rolę w rozsiewaniu wirusa Ebola, chwalono aneksję Krymu i interwencję wojskową w Syrii. Na początku trolle informowały, że 30 proc. syryjskiej broni zostało usunięte z kraju, aby kolejnego dnia przesunąć granicę do 32 proc. Liczby brano z… powietrza. Wymyślano statystyki, aby pokazać rozwój lokalnych działań. Po opublikowaniu artykułu zabierały się za niego boty. Odświeżały posty, generując gigantyczne, choć zafałszowane liczby odwiedzin. Posty trafiały później do drugiej grupy pracowników – komentujących. Ci każdego dnia musieli wyrobić normę 80 komentarzy i 20 udostępnień. Miało to być o tyle wymagające, że choć za artykuły odpowiadały różne osoby, to każdy z nich wyglądał tak samo. Komentarze zaś musiały być oryginalne (…). – Czułem się jak bohater „1984 roku”. Miałem pisać, że czarne jest białe, a białe czarne. To było jak fabryka, która zamieniła kłamstwa w linię produkcyjną – mówił Marat Mindiyarov w wywiadzie dla „Washington Post”. Zdołał przepracować tam jedynie kilka miesięcy. IRA rozwijała się jednak jak hydra. Kiedy jeden z trolli popadał w letarg i nie mógł wypełniać sztywnych norm, jego miejsce zajmowali dwaj kolejni”[8].

na froncie dezinformacji
Komentarze pod postami dotyczącymi wojny w Ukrainie i działań pomocowych / Facebook

Pogłębić zadry

Rolą rosyjskich trolli jest zniszczenie tego, co osobom uchodźczym (i nam wszystkim) jest najpotrzebniejsze – solidarności, empatii, wzajemnego zaufania, szacunku i poczucia wspólnoty. Na tych filarach  opiera się ogrom pomocy, który każdego dnia niesiemy naszym braciom i siostrom z Ukrainy. Pozwolenie na wmanewrowanie nas w  grę, w której rosyjskie trolle są mistrzami, może okazać się dla nas niezwykle kosztowne. Który bowiem naród tak dobrze jak my rozumie uchodźstwo? Nasi przodkowie osiedlili się w krajach rozsianych po całym świecie, dzięki gościnności ich mieszkańców, dających im schronienie przed najróżniejszymi konfliktami. Mamy moralny obowiązek odwdzięczenia się za gościnność, której doświadczyli. I mamy ludzki obowiązek udzielić schronienia tym, których świat rozpadł się właśnie na kawałki. Nie dajmy się wmanipulować w pełną nienawiści grę, w której nie mamy zresztą żadnego interesu. W podzielonych i wrogo wobec siebie nastawionych grupach nie dokonamy niczego poza rozpadem, upadkiem i podłością, co pięknie widać na przykładzie polskiej polityki ostatnich lat.

„Trolle zawsze mają taki sam modus operandi: starają się pogłębić zadry we wziętym na celownik społeczeństwie. Chodzi o to, by doprowadzać do większej polaryzacji (…). Świetnie widać to na przykładzie szczepionek. Jak wynika z badania opublikowanego w 2019 roku przez American Journal of Public Health między 2014 a 2017 rokiem stwierdzono spore zainteresowanie sprawami szczepień przez twitterowe konta, których spora część okazała się być rosyjskimi botami. A te same ze sobą sprzeczały się na temat zasadności szczepień (…). Jedne straszyły przymusowymi szczepieniami, inne studziły nastroje. – Jedną z rzeczy, która zwróciła naszą uwagę, było to, że w ich tweetowaniu widać próbę powiązania tematu szczepień z ważnymi kwestiami amerykańskiej debaty: nierównościami klasowymi czy rasowymi, które przecież nie są związane ze szczepieniami – zauważa prowadzący badania David Broniatowski, profesor z Instytutu Inżynierii i Nauk Stosowanych na Uniwersytecie George’a Washingtona. – Dla przykładu jeden z tweetów brzmiał tak: „Tylko elita dostaje czyste szczepionki (…) Tylko podczas amerykańskich wyborów w 2016 roku IRA wydała na Facebooku 100 tys. dolarów. 25 proc. z reklam była targetowana na Stany Zjednoczone. – Strony i konta były powiązane ze sobą i pochodziły z Rosji – mówił wówczas Alex Stamos, szef bezpieczeństwa Facebooka”[9].

na froncie ukrainy
Komentarze pod postami dotyczącymi wojny w Ukrainie i działań pomocowych / Facebook

Wojna informacji

W obliczu docierających do nas coraz bardziej przerażających wieści z Buczy[10] i innych miast opuszczanych przez rosyjskich żołnierzy, które stanowią obecnie jeden wielki dowód dokonywanego przez Rosjan ludobójstwa, sprzeciwianie się kremlowskiej propagandzie jest szczególnie istotne. Nie możemy sobie pozwolić na to, by przestać widzieć w uchodźcach i uchodźczyniach ofiary wojny lub przestać dostrzegać odbieranie im przez rosyjskie rząd i wojska człowieczeństwa. Nie możemy godzić się na umniejszanie ich krzywdy, bo to automatycznie umniejszy też ogrom rosyjskich zbrodni. To jest niestety kolejny obowiązek, który spada na nas – zwykłych ludzi. Rząd i korporacje są tu bezużyteczne i pomimo oczywistych możliwości, które mają np. Facebook czy Twitter, ciągle nie podejmują realnych kroków mających na celu ukrócenie raz na zawsze wolności fejkowych kont. Jeśli my nie zapanujemy nad tym zjawiskiem, nikt tego za nas nie zrobi. Za to my poniesiemy największe konsekwencje, gdy wojnę na informacyjnym froncie wygra Putin. Możemy jednak mieć na ten front ogromny wpływ.

Przede wszystkim możemy (i musimy!) weryfikować informacje, które trafiają do nas najróżniejszymi kanałami. Możemy nie wdawać się w bezproduktywne dyskusje, które tylko nakręcają reakcje trolli. Możemy skomentować je źródłem do prawdziwych danych, zamiast prowadzić bezsensowne słowne przepychanki. Możemy i musimy udostępniać rzetelne informacje, rozmawiać z osobami ze swojego otoczenia, tłumaczyć na czym polega wojna dezinformacyjna. Musimy jasno wyrażać sprzeciw wobec oczerniania i wyśmiewania osób, które szukają w naszym kraju bezpiecznego schronienia przed wojną, i które nie mają możliwości się przed takimi zarzutami bronić. Musimy głośno sprzeciwiać się sianiu dezinformacji i udostępnianiu fake newsów przez osoby publiczne. Musimy każdego dnia głośno i wyraźnie opowiadać się po stronie prawdy, pokoju i wolności obywatelskich. To jest nasz obowiązek i od tego, jak się z niego wywiążemy, zależy nasza przyszłość. To jest front naszych walk – włóżmy w niego tyle samo zapału ile Ukrainki i Ukraińcy wkładają każdego dnia w obronę całej Europy.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, jak łatwo odczuć przytłoczenie w sytuacji, w której dyskusja lub post zaczynają tonąć w tego typu komentarzach. Można wtedy odnieść wrażenie, że mnóstwo Polaków w taki właśnie sposób patrzy na sytuację. Bardzo ważne jest, by pamiętać, że to nie jest ani prawda, ani obraz całości. Krzyczące w internecie osoby to garstka ludzi, powielających swoją narrację przy użyciu kilkunastu/kilkuset kont. Pamiętajmy, że stanowią oni zdecydowaną mniejszość, co zwykle zresztą można zaobserwować, zwracając uwagę na rozbieżność pomiędzy liczbą rekcji pod postem, a liczbą komentujących osób. Działania tej mniejszości są skonstruowane w taki sposób, by stworzyć iluzję „większości” i złudne wrażenie dużo liczniejszej, niż w rzeczywistości, grupy osób. Mają nas przekonać, że coraz więcej z nas w taki sposób myśli. Mają nas podzielić na „mądrych nas” i „ogłupionych ich”. Nie musimy dać się temu zmanipulować. Jeśli poczujecie się przytłoczone/przytłoczeni skalą takiego zjawiska, jeśli zaczniecie odczuwać, że nie macie już sił na życie w tym kraju, dajcie sobie chwilę na odetchnięcie i złapanie perspektywy. Rozejrzyjcie się wokół, popatrzcie na realną skalę fizycznej pomocy – ogromnie różni się ona od nastrojów w internecie. I pamiętajcie, że większość użytkowniczek i użytkowników portali społecznościowych nie udziela się w komentarzach. Łatwo to zaobserwować samej/samemu: pod większością postów jest zdecydowanie więcej reakcji niż komentarzy. Obrzydliwe komentarze i ciągnące się godzinami wojenki to nie większość, nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. Bez naszej reakcji rosyjskie trolle są niczym. Skorzystajmy z tego faktu i dajmy im zdechnąć.

Jak odróżnić fake newsa?

Istotne jest to, że fabryki trolli to nie jest wyłącznie rosyjski biznes i ich działania nie służą wyłącznie interesom Rosji. W Polsce tym samym zajmuje się np. (najprawdopodobniej powiązana z Bartłomiejem Misiewiczem) agencja Cat@Net, która m.in. przeprowadzała dla TVP „analizy mediów społecznościowych” i dostarczała „raportów tego dotyczących”, a także „wspomagała” kampanię Andrzeja Szejmy. Tylko 14 osób prowadzi w ramach agencji 170 troll-kont w mediach społecznościowych. Pracujące w niej trolle biorą udział w dyskusjach, udając prawdziwych użytkowników sieci – zarówno prawicowych, jak i lewicowych. Nakręcają, szczują, lobbują, rozpowszechniają wygodne dla ich klientów informacje. Co ciekawe, firma do swoich działań zatrudnia wiele osób z niepełnosprawnościami, co umożliwia im otrzymywanie dotacji z państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Od listopada 2015 r. do sierpnia 2019 r., Cat@Net otrzymała z PFRON około 1,5 mln zł. Jej działania dezinformacyjne fundujemy więc pośrednio z własnej kieszeni[11]. Warto mieć to na uwadze, zanim wdamy się w zażartą dyskusję w sieci. Wiem, że czasem aż ciężko nie odpisać na jakiś post lub komentarz, ale być może po drugiej stronie nie siedzi osoba, która ma inne poglądy i chce dyskutować. Wysoce prawdopodobne bowiem jest to, że siedzi tam osoba, która nie ma żadnych poglądów ani moralności, a dyskusja to dla niej pole walki. A jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że jej „poglądy” to nic innego jak fałszywe informacje, które ma za zadanie szerzyć w internecie w ramach obowiązków pracowniczych. Zanim w emocjonalnym odruchu klikniemy „udostępnij”, warto najpierw zastanowić się, czy nie jest to aby informacja, która  wydaje się aktualnie zbyt wygodna dla danej grupy/osoby, a z drugiej strony – czy nie jest to informacja, która pasuje do naszej opinii o danej grupie/osobie i tylko dlatego brzmi wiarygodnie. Treści w Internecie są profilowane na konkretne osoby. A to, że kogoś nie lubimy i/lub nie szanujemy, nie oznacza, że wszystkie dotyczące tej osoby negatywne treści są prawdziwe.

Jak zatem upewnić się, że informacja, którą chcemy podać dalej jest wiarygodna? Jest kilka kroków, które bardzo skutecznie pomagają w tego ustaleniu. Oczywiście w internecie nie można być niczego pewną/pewnym w 100%, ale jeśli zwrócimy uwagę na kilka kluczowych kwestii, z dużym prawdopodobieństwem unikniemy udostępnienia fake newsa i/lub uwierzenia w niego:

  1. Zwróć uwagę na to, jakie medium przekazuje daną informację. W Polsce niewiele jest kanałów niezależnych od grup politycznych. Warto zwrócić uwagę na tematykę innych tekstów na stronie. Jeśli widzisz silną dominację treści broniących interesów danej partii/osoby/grupy osób, prawdopodobnie jest to źródło zależne, a co za tym idzie – nie będzie w pełni obiektywne. Jednym z nielicznych niezależnych źródeł w Polsce jest obecnie OKO.press, które utrzymuje się z dobrowolnych wpłat czytelników i czytelniczek, dzięki czemu może zachować niezależność.
  2. Przeczytaj cały artykuł, nie wyrabiaj sobie opinii wyłącznie na podstawie tytułu i/lub kilku zdań. Nawet jeśli początek lub zacytowany gdzieś fragment brzmi przekonująco, często w trakcie czytania tekstu okazuje się, że nie zawiera on żadnych treści ani argumentów niezbędnych do podtrzymania tezy, na której się opiera. Na takim działaniu opierają się np. tzw. treści click-baitowe, używające chwytnych tytułów i/lub zdjęć (często oddziałujących na emocje), by przyciągnąć naszą uwagę. Kojarzycie te artykuły zatytułowane: „pij TO do KAŻDEGO POSIŁKU, SPALA KILOGRAMY TŁUSZCZU W TYDZIEŃ” albo „KSIĄŻĘ WILLIAM skrywa ogromny SEKRET na temat TAJEMNICZO ZMARŁEJ KSIĘŻNEJ DIANY”? W żadnym z nich nie dowiedziecie się CO pić ani jaki SEKRET może skrywać bohater/ka takiego artykułu. Nie znajdziecie tam treści ani argumentów. Taki tekst nie ma bowiem przekazywać wiedzy. Nagłówek ma jedynie nakłonić nas do kliknięcia w niego, co automatycznie wygeneruje czerpane z reklam przychody.
  3. Sprawdź datę. Łatwo dać się ponieść fali emocji, które jakaś treść może wywołać, ale sama nieraz złapałam się na tym, że cieszy mnie lub złości dawno już nieaktualna informacja. Warto zawsze się upewnić, czy artykuł ma bieżącą datę.
  4. Zwróć uwagę, czy podane są jakiekolwiek możliwe do sprawdzenia źródła. Jeśli tekst podaje dane, ale nigdzie nie wspomina o ich źródle, powinna zapalić nam się czerwona lampka. Dane procentowe również można wymyślić, także nie wierzcie w dane analityczne tylko dlatego, że ktoś je napisał. Jeśli informacja pochodzi z jakiegoś raportu, jest to wiedza łatwo dostępna. Nawet jeśli autor/ka zapomni załączyć link lub pełne dane publikacji, powinna podać twórców/twórczynie badania lub odpowiedzialną za nie instytucję, by czytelnicy i czytelniczki na własną rękę mogli/ły te dane sprawdzić. Zawarte w tekście informacje muszą być możliwe do zweryfikowania. Jeśli jest inaczej możemy być pewni, że dane pochodzą wprost z Instytutu Danych z Dupy. Warto też pamiętać, że „większość”, „nikt”, „wszyscy” albo „niektórzy” to nie są dane, a domysły lub wymysły autora/autorki.
  5. Sprawdź autora/autorkę i jego/jej kompetencje. Zobacz, co wcześniej pisał/a, jaki ma dorobek, czy nie współpracuje z mediami/agencjami/partiami, które są znane z przekazywania nieprawdziwych informacji lub innego rodzaju oszustw. Zwróć uwagę, czy jego/jej wcześniejsze teksty podtrzymują interesy konkretnych grup osób, czy są wyważone i stronią od zajmowania konkretnego stanowiska.
  6. Sprawdź informację w innych źródłach. Wyszukaj osoby/daty/fakty, do których dana publikacja się odnosi, przekopiuj zdanie (koniecznie z zaznaczeniem cudzysłowu) i sprawdź w wyszukiwarce, czy nie pojawia się w identycznej formie gdzieś indziej.

A jeśli już zdarzy ci się powielić fałszywą informację, nie biczuj się. Opublikuj sprostowanie i daj znać osobom, które mogły ją u Ciebie przeczytać. Jeśli była to treść udostępniona, możesz też od razu zgłosić oryginalny post administratorom strony jako fałszywe informacje.

Listę wiralowych fake newsów dotyczących wojny w Ukrainie możecie natomiast śledzić na bieżąco tutaj: https://demagog.org.pl/analizy_i_raporty/wojna-w-ukrainie-i-dezinformacja-sledz-zestawienie/?cn-reloaded=1).

[1]https://time.com/5565991/russia-influence-2016-election/

[2]https://oko.press/trolle-zniechecaja-nas-do-pomocy-ukraincom-walcza-cyber-elfy/

[3]https://oko.press/przemysl-jak-zorganizowano-polowanie-na-ludzi/

[4]https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2156935,1,trolle-zmieniaja-front-antyszczepionkowcy-sieja-propagande-kremla.read

[5]https://activegroup.com.ua/2022/03/16/survey-says-86-6-of-russians-support-the-armed-invasion-of-russia-in-other-european-countries/

[6]https://www.nask.pl/pl/aktualnosci/2249,Badania-NASK-ponad-polowa-polskich-internautow-styka-sie-z-manipulacja-i-dezinfo.html

[7]https://spidersweb.pl/plus/2020/09/rosyjskie-trolle-dezinformacja-wybory-fake-news

[8]https://spidersweb.pl/plus/2020/09/rosyjskie-trolle-dezinformacja-wybory-fake-news

[9]https://spidersweb.pl/plus/2020/09/rosyjskie-trolle-dezinformacja-wybory-fake-news

[10]https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2160963,1,rosjanie-rozpetali-w-buczy-pieklo-nawet-twardzielom-odbiera-mowe.read DW: zbrodnie wojenne

[11]https://www.newsweek.pl/polska/farma-trolli-najwieksza-znana-polska-farma-trolli-bierze-panstwowe-dotacje/xgkzj85

Sprawdź też!

Dodaj komentarz